Kamil Nowak: Rzeczywistość w ciągu ostatnich tygodni mówi nam „sprawdzam” na wielu płaszczyznach, w tym w obszarze technologii.

Natalia Mileszyk: Rzeczywiście, w obszarze cyfryzacji i technologii doświadczamy dziś momentu mocnego „sprawdzam”. Wynika to z tego, że duża część naszych działań przeniosła się nagle do sieci. Chodzi o takie kluczowe obszary, jak choćby edukacja czy praca. Stanowi to ogromne wyzwanie nie tylko technologiczne, ale i społeczne. Waga tego ostatniego aspektu jest znacznie większa niż wcześniej mogliśmy przypuszczać.

Jak wypadamy w tym technologicznym teście?

Kwestię tę należy oceniać na trzech płaszczyznach, których dotyczy cyfryzacja, czyli na poziomie infrastruktury, zasobów i narzędzi oraz kompetencji.

Zacznijmy od twardej infrastruktury.

Reklama

Infrastrukturę też można oceniać na różnych poziomach. Na przykład w sytuacji, gdy Europejczycy zostają w domu, nagle okazuje się, że możemy mieć problem z przepustowością łączy i taki Netflix na prośbę europejskiego komisarza ds. rynku wewnętrznego Thierry’ego Bretona obniża parametry, aby zredukować obciążenie sieci. Na szczęście jednak okazuje się, że jak na razie problemów z przepustowością w Polsce nie ma – co potwierdził parę dni temu Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Pewne problemy występują jednak na o wiele bardziej podstawowym poziomie - dostępności sprzętu. Część nauczycieli, którzy są zobowiązani do zdalnego nauczania, nie ma komputerów w domu, nie wspominając już o części dzieci.

Statystycznie wypadamy całkiem nieźle, bo z danych GUS wynika, że w 2019 roku w Polsce ponad 97 proc. gospodarstw domowych z dziećmi posiadało komputer.

Zgadza się, ale sytuacja komplikuje się, gdy dzieci w danym gospodarstwie domowym jest więcej, a do dyspozycji jest tylko jeden komputer. Wtedy zdalne zajęcia szkolne dla więcej niż jednego dziecka w tym samym czasie stają się niemożliwe.

>>> Zobacz również: Jak pojąć ostrosłupy przez Messengera. Szkoły publiczne walczą o jakikolwiek kontakt z uczniami

Dezynfekcja lotniska Barajas w Madrycie, Hiszpania, 19.03.2020 / Bloomberg / Paul Hanna

Część instytucji udostępniła nieodpłatnie swoje zasoby w sieci.

Tak, tu wchodzimy na kolejny poziom oceny cyfryzacji, czyli dostępności zasobów i narzędzi. Pandemia pokazała nam, że w tym obszarze istnieją całkiem duże możliwości, wiele instytucji zdecydowało się nawet na nieodpłatne udostępnianie treści – jako jedna z pierwszych nowojorska Metropolitan Opera.

Są też jednak pewne ograniczenia, choćby takie, że narzędzia, z których korzystamy na co dzień, są często narzędziami komercyjnymi, stworzonymi przez prywatne podmioty. Co prawda trzeba przyznać, że podmioty prywatne będące właścicielami tych narzędzi w dużej mierze zachowały się bardzo w porządku w warunkach pandemii. Np. Microsoft udostępnił bezpłatnie na pół roku środowisko pracy zdalnej Teams. Z drugiej strony niestety widzimy, że brakuje społecznych czy publicznych narzędzi tego rodzaju.

Wiele problemów ujawniło się także na poziomie naszych kompetencji cyfrowych. Możemy mieć komputery, narzędzia, programy, ale jeśli nie wiemy, jak pracować zdalnie, jak uczyć zdalnie, jak w ogóle działać zdalnie, to dochodzi do dużych komplikacji. Nie chodzi tu tylko o kompetencje cyfrowe dzieci i młodzieży, ale całego społeczeństwa, w tym kadry menedżerskiej i polityków w naszym kraju.

Mogłoby się wydawać, że nasze podejście do pracy i aktywności w sieci to najmniejszy problem.

Rzeczywistość wygląda jednak inaczej. Co prawda w przypadku wielu firm praca zdalna już dawno funkcjonuje, ale mimo to wciąż dla dużej części pracowników i pracodawców stanowi to dziś poważny problem. Chodzi tu nie tyle o cyfrową infrastrukturę i narzędzia, ale właśnie o podejście i kompetencje. Na przykład pracodawcom trudno jest zaufać pracownikom i zgodzić się na mniejszy zakres kontroli w przypadku pracy zdalnej. Kolejnym problemem jest sam sposób organizacji pracy zdalnej i pomysł na działania na odległość za pośrednictwem sieci.

Czy w obliczu tak dużego i zaskakującego kryzysu możliwe było w ogóle przygotowanie się do przeniesienia naszego życia do sieci na taką skalę? Może te rozwiązania i postawy trzeba wypracować dopiero teraz, na bieżąco?

Oczywiście, w dużej mierze tak. Nikt pandemii nie przewidział na tyle wcześnie, aby można się było do niej przygotować. Gdybyśmy trzy miesiące temu o tym rozmawiali, to najpewniej taką historię włożylibyśmy między bajki.

Mimo to przeniesienie pewnych aktywności do internetu mogło spokojnie nastąpić wcześniej i jako państwo byliśmy w stanie to zrobić - choćby kontrowersyjna kwestia regulaminu prac Sejmu i trybu pracy zdalnej w sytuacji, gdy posłowie nie powinni się spotkać na głosowanie. Niestety, nie udało się również dokończyć prac nad instytucją e-doręczeń, która w obecnej sytuacji bardzo ułatwiłaby komunikację na linii urząd-obywatel.

Za to pewne grupy potrafią się świetnie zorganizować np. cyberprzestępcy, którzy mają dziś złote żniwa. Jak w tym kontekście wygląda sprawa naszego cyberbezpieczeństwa?

To prawda, ale ten dobry czas dla cyberprzestępców wynika przede wszystkim z braku kompetencji cyfrowych po stronie ich ofiar. Zauważmy, że jedną z częstszych metod oszustw w sieci jest rozsyłanie wiadomości o koronawirusie, które wyglądają, jakby pochodziły od poważnych instytucji, takich jak Światowa Organizacja Zdrowia czy rząd. Tymczasem duża część ofiar takich oszustw jest spragniona wiedzy i informacji, więc łatwowiernie stosuje się do poleceń tam zawartych, instaluje załączone zawirusowane oprogramowanie czy podaje swoje dane do logowania.

Chodzi o to, abyśmy jako internauci w tej sytuacji wiedzieli, jakie są zaufane źródła, jakie dokumenty możemy otwierać, mieli zainstalowane oprogramowanie antywirusowe. Sytuacja pandemii pokazuje, że kompetencje cyfrowe, które są często bardzo niedoceniane, okazują się być jedną z kluczowych wartości w czasie takiego kryzysu.

Niestety obecna sytuacja sprzyja również atakom na instytucje zdrowia publicznego – Światowa Organizacja Zdrowia donosi, że coraz częściej podejmowane są próby ataków na jej serwery (na razie nieskuteczne). Ale już skutecznie grupa hakerów zaatakowała np. systemy komputerowe brytyjskiego Hammersmith Medicines Research, który prowadzi badania na szczepionkach na Covid-19. W momencie, kiedy instytucja odmówiła zapłaty „okupu”, hakerzy ujawnili dane osobowe tysięcy byłych pacjentów.

Drukarki 3D w Barcelonie. Urządzenia w czasie pandemii są wykorzystwane do drukowania części do sprzętu medycznego. 26.03.2020, Barcelona, Hiszpania / Bloomberg / Angel Garcia

W jednym ze swoich niedawnych tekstów poruszasz niepokojącą i chyba nie do końca przez nas uświadamianą kwestię kontroli informacji w internecie w dobie pandemii.

Choć nie jest to temat nowy, to rzeczywiście przy okazji pandemii jak w soczewce ujawniają się pewne mechanizmy związane z kontrolą treści w internecie, których powinniśmy być świadomi. Trzeba bowiem pamiętać, że internet nie jest przestrzenią, gdzie tego rodzaju kontroli nie ma.

Kto zatem i jak kontroluje to, co widzimy w internecie w czasie pandemii?

To zależy rzecz jasna od polityki danego państwa. W przypadku Chin, które kontrolują obieg informacji w internecie od dawna, system kontroli w czasie pandemii miał bardzo niekorzystne dla wszystkich skutki. CitizenLab z Toronto przedstawił dane wskazujące, że najpopularniejszy komunikator w Chinach WeChat cenzurował i blokował przesyłanie informacji o koronawirusie od 1 stycznia 2020 roku, czyli dokładnie od dnia, kiedy pierwsza informacja trafiła do Światowej Organizacji Zdrowia. Gdyby nie taka blokada, być może Chińczycy byliby lepiej przygotowani na zagrożenie, posiadali pełniejszą wiedzę.

Z kolei w środowisku internetu, w jakim my funkcjonujemy, problem ten w dużej mierze sprowadza się do zarządzania platformami internetowymi – bo to one zdominowały wiele aspektów naszego korzystania z sieci – mówimy dzisiaj o zjawisku platformizacji internetu.

Oczywiście ta kontrola treści odbywa się dziś w szczególnych warunkach. Funkcjonujemy bowiem nie tylko w warunkach pandemii, ale także infodemii, czyli zalewu informacji. Łatwy dostęp do wiadomości jest oczywiście zaletą, ale już rozróżnienie, co jest informacją prawdziwą, a co nie, może sprawiać sporo problemów. Część osób może uwierzyć w magiczną metodę zapobiegania koronawirusowi, ktoś inny uwierzy w teorię spiskową na temat koronawirusa. Platformy internetowe podejmują więc różne działania, aby zwalczyć dezinformację.

Biorąc pod uwagę fakt, jak szybko w sieci rozprzestrzeniały fałszywe informacje np. o czołgach w polskich miastach, to chyba uzasadniony kierunek działań ze strony platform internetowych, być może nawet niewystarczający.

Tak, ale trzeba zachować tu pewną ostrożność. Jako obywatele, którzy dużą część swojego życia przenieśli właśnie na platformy internetowe, powinniśmy znać kryteria oceny i filtrowania treści. Tymczasem często ich nie znamy.

Posłużę się osobistym przykładem. Jakiś czas temu chciałam zamieścić w mediach społecznościowych artykuł „O farmaceutce, sprincie, maratonie i bożku produktywności w czasie pandemii” - sam tekst mówił o tym, jak dbać o siebie w sensie psychicznym w czasach epidemii. Tymczasem platforma wydała komunikat, że nie opublikuje tej wiadomości. Do dziś nie wiem, z jakich powodów tak się stało.

To dobry przykład na to, że transparentność zasad udostępniania i obiegu treści pozostaje często dyskusyjna. Dlatego jak już skończy się problem z koronawirusem, musimy wrócić do dyskusji o tym, jak bardziej zadbać o przestrzeń publiczną w sieci, która jest zarządzana przez podmioty prywatne. I tym samym jak zadbać bardziej o dobro wspólne.

Czy w tym kontekście można mówić szerzej o budowaniu suwerenności technologicznej? Europa, a tym bardziej Polska, nie dorobiły się znaczących platform internetowych.

Wszystko zależy od tego, co rozumiemy pod pojęciem suwerenności technologicznej. Komisja Europejska miesiąc przed wybuchem pandemii zaproponowała nową strategię rozwoju cyfrowego pt.: „Europa dostosowana do ery cyfrowej”. W dokumencie tym suwerenność technologiczna rozumiana jest trochę inaczej niż zazwyczaj.

Otóż Europa stoi na stanowisku, że dla nas powinny się liczyć pewne wartości, takie jak prywatność, konkurencyjność, transparentność, otwartość i być może właśnie tu powinniśmy szukać suwerenności technologicznej. Nie chodzi zatem o to, aby tworzyć własny internet lub blokować podmioty zewnętrzne, ale dopuścić je pod warunkiem przyjęcia określonych zasad i wartości oraz dostosowania się do obowiązujących u nas regulacji.

Czy opieranie suwerenności technologicznej na UE jest właściwym kierunkiem działań? Wydaje się, że w czasach kryzysu byty ponadnarodowe schodzą trochę na dalszy plan, ustępując miejsca państwom.

Na poziomie cyfrowym podejście do suwerenności technologicznej w kontekście poszczególnych krajów niekoniecznie ma rację bytu. Nie unikniemy tego, że internet jest zbiorem naczyń połączonych. Gdybyśmy zastosowali strategię opartą o państwa, to jako Polska znaleźlibyśmy się wśród małych graczy, a to utrudniałoby nam realizację jakichkolwiek własnych interesów cyfrowych i technologicznych. Dlatego jeśli chodzi o politykę cyfrową i wizję rozwoju technologicznego, Unia Europejska pozostanie jednak tym naturalnym miejscem i narzędziem realizowania suwerenności technologicznej.

Wiele osób jest zdania, że obecna pandemia ma duży potencjał zmiany systemowej. Co nam z niej zostanie?

Rzeczywiście, obecny kryzys pokazuje, że jest pewna nadzieja na wprowadzenie określonych zmian systemowych. Można tu wskazać choćby na kwestię otwartości w nauce. Otóż naukowcy zazwyczaj niechętnie dzielą się swoimi danymi i odkryciami, proces publikacji artykułów naukowych trwa bardzo długo, a dostęp do dobrej jakości materiałów naukowych jest po prostu z polskiej perspektywy bardzo drogi. Tymczasem w warunkach pandemii społeczność naukowa uznała, że właśnie otwartość może być jedną z kluczowych odpowiedzi niezbędnych do pokonania koronawirusa. W efekcie dzieją się niesamowite rzeczy. Bardzo szybko udało się stworzyć bezpłatną bazę artykułów naukowych dotyczącą koronawirusa. Naukowcy komunikują się ze sobą na Twitterze, przekazują sobie najnowsze informacje, wyniki badań, pomysły. Rezultat jest taki, że na naszych oczach, w mediach społecznościowych, tworzy się nauka najwyższej jakości.

W warunkach kryzysu sprawdził się też bardzo dobrze system weryfikacji informacji, który przyjęto w Wikipedii. Ta tworzona oddolnie encyklopedia społecznościowa już jakiś czas temu uznała, że wiedza medyczna jest szczególnie ważna, dlatego wszelkie informacje w tym zakresie muszą być bardzo dokładnie sprawdzane przez lekarzy wolontariuszy. Społeczność ta jest w stanie reagować bardzo szybko. W efekcie Wikipedia jest dziś w wielu językach jednym z najbardziej wiarygodnych źródeł informacji o koronawirusie i pandemii.

Obecny kryzys pokazał również, że nagle części sprzętu medycznego mogą być wydrukowane na drukarkach 3D po o wiele niższych kosztach – może to też być pewien kierunek zmiany, a na pewno odpowiedzi na realną potrzebę szybkiego uzupełnienia braku w sprzęcie.

Zespół polskich inżynierów opracował i udostępnił za darmo w internecie projekt respiratora VentilAid, który można złożyć z popularnych części technicznych i elementów drukowanych na drukarce 3D.

Zdaje się, że w tej historii pojawiają się też czarne charaktery.

Niestety tak. We Włoszech doszło do kuriozalnej sytuacji. Otóż wolontariusze w jednym ze szpitali w Lombardii, gdzie brakowało jednorazowych części do respiratorów, zaczęli je drukować na drukarce 3D. Okazało się, że w tych warunkach kryzysowych to działa i uratowało to życie konkretnym ludziom. Niestety firma, która ma patent na to urządzenie, zagroziła pozwem z tytułu ochrony patentowej.

Kolejny przykład to Donald Trump, który za miliard dolarów chciał odkupić od niemieckiej firmy CureVac, pracującej nad szczepionką na koronawirsa, patent z wyłączną dostępnością tylko dla Amerykanów. Firma jednak, przy wsparciu niemieckiego rządu, odpowiedziała, że takie rozwiązanie nie wchodzi w rachubę, a potencjalna szczepionka ma być dostępna dla wszystkich krajów.

Widać zatem, że pomimo istnienia pewnych negatywnych przykładów, to generalnie mamy do czynienia z większą otwartością na współdzielenie się w obliczu kryzysu i chęcią działania na rzecz dobra wspólnego. I wbrew pozorom, nie są to historie o technologii, ale o ludziach, którzy chcą się troszczyć o innych, zaś technologia jest tu jedynie narzędziem.

Natalia Mileszyk (fot. Małgorzata Telega) / Forsal.pl
BIO: Natalia Mileszyk, prawniczka zajmująca się cyfrowymi politykami publicznymi w Fundacji Centrum Cyfrowe – organizacji, której bliski jest społeczny wymiar technologii. Tweetuje jako @nmileszyk

>>> Czytaj również: Czeka nas cywilizacyjna zmiana. Jaki może być bilans strat i korzyści?