Komitet Prognoz „Polska 2000 Plus” przy Prezydium PAN, którego mam zaszczyt być członkiem, od kilu lat zajmuje się kwestią przesileń cywilizacyjnych. Jak to w naukach społecznych, zgodności poglądów brak. Jednakże – w tym gremium i nie tylko – pojawił się niemal konsensus, że mamy do czynienia z nową kategorią wyzwań: globalnych. A jeden z poważniejszych dziejowych zakrętów dotyczy przyszłości kapitalizmu.

Naukowcy już wiedzą – i alarmują – że utrzymanie dotychczasowych sposobów produkcji, a nade wszystko filozofii postępowania, polegającej na ekspansji oraz zawłaszczaniu przez człowieka kolejnych obszarów natury staje się po prostu groźne dla naszej przyszłości. Niestety, politycy reagują słabo, bo dalekosiężne plany i projekty wymagają śmiałości i odwagi, a szczególnie w demokracji nikt nie chce wziąć na siebie ryzyka podejmowania niepopularnych decyzji, np. dotyczących energii, klimatu, czy zmian sposobów produkcji.

Reklama

Puste spory

Pozostają nam więc bardziej spory intelektualne niż próba zmierzenia się ze skutkami podejmowanych decyzji. Jednak nawet te pierwsze akurat w Polsce dość rzadko dotyczą spraw istotnych. Dlatego z zadowoleniem należy przyjąć tekst prof. Elżbiety Mączyńskiej (zaangażowanej zresztą w prace Komitetu Prognoz PAN) opublikowany na łamach „Obserwatora Finansowego” 10 grudnia 2021 r. oraz polemikę z poglądami prof. Mączyńskiej autorstwa prof. Witolda Kwaśnickiego opublikowaną na łamach tego samego serwisu 30 grudnia 2021 r.

Z góry uprzedzam, że bliższe są mi poglądy prof. Mączyńskiej, ale moja interwencja tutaj ma jednak inny cel. Chodzi o to, by pokazać, że aktualny spór i wybór nie bierze się wcale z kontrowersji na linii ordoliberalizm (czy społeczna gospodarka rynkowa), a neoliberalizm, jak wynikałoby z tej polemiki, gdyż wydarzenia już praktycznie – wbrew argumentom prof. Kwaśnickiego – ten spór przesądziły: fundamentalizm rynkowy nie sprawdził się.

Sam rynek nie może być wyłącznym regulatorem, bo w ostatecznym rozrachunku prowadzi do takich zjawisk jak fenomen Donalda Trumpa, czy biorąca się ze społecznego niezadowolenia fala populizmu na terenie UE. Oczywiście, i Trump, i wielu polityków w UE o podobnych mu poglądach czy zapatrywaniach, nie są odosobnieni, więc im z góry się narażam, czego mam świadomość. Niemniej jednak chciałbym w tej debacie zabrać głos.

Nie tylko E. Mączyńska uważa, że rynek ma w sobie „gen samozniszczenia”. To zjawisko szersze, które zwięźle ujął noblista z ekonomii Joseph E. Stiglitz, parafrazując słynną maksymę Abrahama Lincolna: wraz z rozkwitem neoliberalizmu budowaliśmy w społeczeństwie „kapitalizm jednego procenta, przez jeden procent, dla jednego procenta”. Rynek zwiększał nierówności i dysproporcje. Choć na ogół przyczyniał się do wzrostu dobrobytu, robił to nader nierównomiernie. Nic dziwnego, że po latach jego dominacji pojawił się bunt – w USA klasy średniej, a w UE młodego pokolenia i prekariatu.

Dlatego zaskakuje mnie, wymierzony w ideowych przeciwników, ton polemiki W. Kwaśnickiego i jego słowa: „Zawsze zastanawia mnie, dlaczego intelektualiści często uważają, że wiedzą, co jest lepsze dla ludzi… Oni wiedzą lepiej, co sprzyja postępowi społecznemu i ideologicznemu”.

Brzemię neoliberalne

Otóż chodzi o to, że to nie żadni intelektualiści, lecz doświadczenie i twarde dane o tym decydują. Nie twierdzę, jak wielu, że „wolny rynek to chaos”. Nie mam też nic przeciwko klasycznemu liberalizmowi, w wydaniu Ludwiga von Misesa, lub kogo innego. Wiem natomiast – i to jest sedno mojej tutaj interwencji – że neoliberalizm:

  • jako nurt myśli ekonomicznej (i tylko część bogatego i wielce zróżnicowanego liberalizmu) przyniósł ze sobą wzrost, a nie spadek nierówności;
  • mimo ogólnego podniesienia poziomu życia okazał się mniej efektywny niż wypracowany w Azji Wschodniej model państwa rozwojowego (developmental state), opartego, biorąc z grubsza, na wymieszaniu rynku z interwencjonizmem państwowym;
  • był nurtem w gruncie rzeczy bezalternatywnym, a więc dogmatycznym, skoncentrowanym na takich wartościach jak rynek (bez granic), sektor prywatny, zysk czy wzrost, nie biorąc w ogóle pod uwagę innych dziedzin ludzkiej działalności, co teraz się mści;
  • po raz kolejny zaprzeczył, ciągle pokutującemu i dość powszechnemu przekonaniu, iż głównym kryterium sukcesu jest wzrost gospodarczy.

Okazało się, szczególnie mocno po kryzysie z 2008 r., że wzrost gospodarczy nie przekłada się automatycznie na rozwój społeczno-cywilizacyjny. Postęp i rozwój to nie tylko rynek i gospodarka, to także, a nawet coraz bardziej – w świetle nowej kategorii wyzwań globalnych i wspomnianych na samym wstępie przesileń cywilizacyjnych – postęp społeczny oraz nowe wrażliwości, jak ekologiczna czy klimatyczna. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej.

Dlatego nie mogę się zgodzić z argumentacją prof. Kwaśnickiego, zgodnie z którą: „Manipulowanie kategoriami nierówności społecznych, ubóstwem, wykluczeniem społecznym przekracza wszelkie wyobrażenie”. Może i przekracza, ale zależy gdzie i przez kogo. Nie upieram się, tym bardziej, przy – dość ogólnikowej – tezie prof. Mączyńskiej, że ordoliberalizm, czy też „liberalizm uporządkowany”, to system „umożliwiający ludziom życie w wolności i odpowiedzialności”. Albowiem z wolnością mamy coraz więcej kłopotów, a wiele warstw i grup gotowych jest ją poświęcić na innym ołtarzu – (socjalnego) bezpieczeństwa. Natomiast odpowiedzialności, jak się wydaje, mamy coraz mniej, przynajmniej w świecie zachodnim.

Co mówią inni?

Dlatego też, w formie „drożdży intelektualnych”, pozwolę sobie tu przedłożyć nieco inną perspektywę i wiedzę, pod rozwagę naszych elit. Jak wiemy, los – a może determinizm ideowy i dziejowy? – tak chciał, że po upadku ZSRR i odejściu zimnowojennego, ideologicznego podziału nie tylko przyszła „jednobiegunowa chwila” amerykańskiej dominacji, a wraz z nią liberalnej demokracji oraz neoliberalnego Konsensusu z Waszyngtonu, ale też globalizacja (jej kolejna fala) oparta na kapitalizmie i rynku. Było stosunkowo łatwo, bowiem nierynkowy „realny socjalizm” w wyniku implozji i braku wydajności – padł. Wypada się zgodzić w wnikliwą pracą Branko Milanovicia. „Kapitalizm jest jeden” (Capitalism, alone): po 1991 r. przyspieszyła globalizacja oraz powszechna dominacja kapitalizmu (i rynku).

Tyle tylko, że Azja Wschodnia, a przede wszystkim Chiny, o których coraz głośniej, poszły własną drogą – nie tyle wolnego rynku i neoliberalizmu, ile kapitalizmu państwowego, a więc rynku wymieszanego z państwowym interwencjonizmem.

Dotychczasowe wyniki są już dość dobrze znane, choć akurat u nas nie za bardzo: podczas gdy Zachód po kryzysie (neoliberalizmu) z 2008 r. wpadł w tarapaty, Chiny, jak dotąd. wygrywały. Więc może warto wyjść z naszych opłotków (i kodów myślowych) i zapoznać się z tym, co proponowały i co proponują teraz? Wydarzenia dają dość sporo materiału do przemyśleń. Znów mocno upraszczając, ale sprowadzając tamtejsze argumenty do istoty, należałoby wyeksponować następujące tezy:

  • zamiast bezalternatywnego w istocie „końca historii”, której to tezie Chiny się nie poddały (Rosja za Borysa Jelcyna – jak najbardziej, ze znanymi skutkami), przyszedł w ostatecznym rozrachunku – na Zachodzie – chaos i głęboka polaryzacja (ideowa, polityczna, społeczna i dochodowa);
  • trzeba odejść od fetyszu wzrostu PKB (tak, jak zaznacza prof. Mączyńska, Chiny zaproponowały, mało precyzyjny, ale znamienny nowy miernik, zwany „syntetyczna moc państwa”, gdzie obok czynników ekonomicznych bierze się pod uwagę inne, w tym społeczne, geograficzne, a nawet historyczne i mentalne – w Polsce podobne poszukiwania prowadzi prof. Mirosław Sułek z UW);
  • zamiast – neoliberalnego z ducha i litery – hasła „wzrost nade wszystko”, któremu przez lata Chiny jak najbardziej też hołdowały, proponuje się teraz „wzrost wysokiej jakości”, też dość nieprecyzyjny w definiowaniu, ale dość jasny w przesłaniu: nie ilość i wysokość wzrostu, a jakość, tak produkcji, jak życia;
  • trzeba najpierw eliminować (skrajną) biedę, co Chiny z pełną determinacją władz czyniły do połowy minionego roku, a następnie przejść do następnego etapu: ograniczyć nadmierny konsumpcjonizm, marnotrawstwo, kominy dochodowe i przejść do budowy „wspólnego dobrobytu” (o czym niedawno pisałem w serwisie OF).

Wyjść poza gospodarkę

Naturalnie, nie proponuję tutaj chińskich (czy azjatyckich) rozwiązań, bo nie jestem utopistą i wiem, że ze względu chociażby na uwarunkowania kulturowe tamtejsze rozwiązania nie są u nas do – bezwzględnego – zastosowania. Co do tego nie należy mieć złudzeń. Chodzi raczej o to, by pokazać, jak myślą i działają inni – i to na dodatek ci, którzy w ostatnich latach i dekadach okazali się być tak bardzo skuteczni.

Zmiany i wyzwania, które nas otaczają, począwszy od pandemii i jej skutków, zmuszają do zupełnie innego myślenia, zerwania z zakotwiczonymi u nas kodami myślowymi, dogmatami czy wręcz stereotypami (począwszy od europocentryzmu). Nie chodzi też o to, by toczyć spory o neoliberalizm, już przegrany, lecz wyjść z nowymi pomysłami i koncepcjami (co po części zaprezentuję w tekście następnym, idącym w ślad za tym).

Coraz bardziej wygląda bowiem na to, że oprócz – tak często przytaczanego i traktowanego jako nadrzędny wskaźnik – wzrostu PKB, należy brać pod uwagę chociażby takie elementy jak współczynniki Gini’ego (nierówności społecznych; cenną pracę na ten temat dał wspomniany B. Milanović), czy – praktycznie u nas nieznana, poza specjalistami, krzywa Keelinga (miernik zanieczyszczenia środowiska gazami cieplarnianymi), o nasyceniu – rynku i społeczeństwa – cyberprzestrzenią lub wysokimi technologiami już nie mówiąc.

Tak, przed nami przesilenie cywilizacyjne, w ramach którego ważna będzie nie tylko gospodarka czy siła militarna, ale także spójność społeczna, a nade wszystko nowa wrażliwość – socjalno-społeczna, klimatyczna czy ekologiczna. Po antyrynkowym z ducha marksizmie, którego akurat u nas doświadczyliśmy, przyszedł neoliberalny „fundamentalizm rynkowy” (J. Stiglitz i inni), który przyniósł ze sobą całkiem nowe wyzwania i zadania, z jakimi właśnie się borykamy.

Czy znajdziemy tym razem jakiś złoty środek, czy też będziemy nadal toczyli zażarte spory o to, co już przeminęło? Bo takie właśnie wrażenie odniosłem obserwując – cenny, bo rzadki – spór dwojga naszych ekonomistów na tych łamach.

Natomiast o tym, co przed nami, w następnym tekście już jutro.

Bogdan Góralczyk, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, politolog, dyplomata, znawca Azji.