Kilka lat temu Jones znalazł się na obiedzie wydanym na cześć Roberta Mundella, kanadyjskiego ekonomisty, który dopiero co zdobył Nagrodę Nobla. Jak opisuje, jeden z gości opowiedział żart. Szef banku centralnego zaprasza do swojego biura starego przyjaciela ze szkoły. W czasie nostalgicznej rozmowy nagle dzwoni telefon. Prezes banku podnosi słuchawkę i mówi do niej po kolei: ”Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Tak. Nie. Nie. Nie”. „Kto to był?” – pyta przyjaciel bankowca. „Minister finansów”. „Dlaczego raz odpowiedziałeś mu tak?”. „Bo pytał, czy go dobrze słyszę.”

Dowcip bardzo się spodobał, ponieważ pokazuje, że dobry bankier centralny musi mówić „nie” politykom. Ale czy jest to tylko anegdota, czy faktycznie dowcip ma głębsze przesłanie? Temu pytaniu autor poświęca trzeci rozdział książki zatytułowany „Niezależność banku centralnego”. W tym przypadku „niezależność” oznacza, że wyborcy w większości rozwiniętych krajów nie mają większego wpływu na decyzje rządzących bankiem centralnym. Choć stopień tej niezależności jest różny.

Na początku lat 80. XX wieku ekonomiści Michael Bade i Michael Parkin z Uniwersytetu w Ontario zaczęli gromadzić dane, które pozwoliłyby im oszacować stopień niezależności banków centralnych. Pod uwagę brano takie czynniki jak to, czy zarządzający bankiem centralnym mogą zostać zwolnieni z pracy przez polityków, czy są przez nich mianowani, jak długie są ich kadencje, czy rząd akceptuje ich decyzje dotyczące polityki monetarnej, itd. Odpowiedzi na takie pytania pozwoliły naukowcom wyliczyć tzw. Wskaźnik Niezależności Banku Centralnego (WNBC) dla większości rozwiniętych krajów.

Dobry bankier centralny musi mówić „nie” politykom.

Alberto Alesina i Lawrence Summers wykorzystali te dane w 1993 r., w pracy zatytułowanej „Central Bank Independence and Macroeconomic Performance: Some Comparative Evidence” („Niezależność banku centralnego a makroekonomiczne dane: trochę porównawczych dowodów” – tłum. autora). Porównali WNBC ze średnią wysokością inflacji w danym kraju. Okazało się, że pojawiła się zależność. Im bardziej niezależny bank centralny, tym niższa inflacja. Najwyższa inflacja była w Hiszpanii, Nowej Zelandii i we Włoszech (7 – 9 proc. rocznie), najniższa w Szwajcarii i Niemczech (ok. 3 proc.).

Reklama

Mało kto kwestionuje fakt, że niska inflacja jest dobra dla gospodarki. A jeżeli płacimy za powolny wzrost cen wyższym bezrobociem? Alesina i Summers sprawdzili także i tę hipotezę. Zestawili ze sobą WNBC ze średnią stopą bezrobocia. Dane nie wskazywały na zależność, więc uznali, że nie ma związku między wysokością inflacji a stopą bezrobocia.

Nie ma „darmowych lunchy”

Jones konkluduje, że pozbawienie wyborców wpływu na decyzje banku centralnego wydaje się być przysłowiowym „darmowym lunchem” (które według słynnego ekonomisty Miltona Friedmana nie istnieją), czyli korzyścią bez kosztów. Jeżeli wyborcy, za pośrednictwem polityków, zgodzą się na to, by nie decydować o wysokości inflacji w kraju, tylko pozostawić tę kwestię w rękach ekspertów, to inflacja będzie niższa niż gdyby ustalano ją w bardziej demokratycznym procesie. I to jest, zdaniem autora, jeden z przykładów, że nie zawsze więcej demokracji oznacza więcej korzyści dla obywateli.

Im bardziej niezależny bank centralny, tym niższa inflacja.

I stawia hipotezę, że zależność między liczbą decyzji podejmowanych demokratycznie a korzyściami z nich dla kraju nie jest liniowa, tylko raczej przypomina odwróconą literę „U”. Do pewnego momentu, wraz ze zwiększaniem się wpływu wyborców, korzyści rosną szybko, potem coraz wolniej, by osiągnąć szczyt, po przekroczeniu którego zwiększanie demokracji sprawia, że suma korzyści się zmniejsza.

Jones porównuje tą zależność do słynnej krzywej Laffera, spopularyzowanej przez Arthura Laffera teorii, że zwiększanie opodatkowania zwiększa dochody państwa, ale tylko do pewnego momentu. Później (Laffer szacował, że jest to próg podatkowy w wysokości 70 proc.) podatkowe przychody państwa zaczną spadać.

Jones ocenia, że większość rozwiniętych państw jest po niewłaściwej stronie „krzywej Laffera dla demokracji”. Zmniejszenie liczby decyzji podejmowanych demokratycznie może sprawić, że ich jakość będzie wyższa, a zadowolenie wyborców z nich większe. Jones nie proponuje radykalnej zmiany. Szacuje, że wystarczy zmniejszyć demokrację o ok. 10 proc., by osiągnąć punkt bliższy optymalnemu. Żartobliwie nazywa swoją propozycję „podejściem ABBA do 10 proc. mniej demokracji”.

Nie zawsze więcej demokracji oznacza więcej korzyści dla obywateli.

Nawiązuje w ten sposób do tytułu przeboju legendarnego, szwedzkiego zespołu zatytułowanego „Take a chance on me”. W piosence ABBA zachęcała do zaryzykowania i to samo naukowiec proponuje decydentom: „Spróbujcie i zobaczcie, czy się to wam nie opłaci”.

Brak zależności liniowej

W książce Jones przedstawia argumenty, że to może się udać. Cytuje mnóstwo interesujących, choć często starszych prac. Tak jak chociażby serię analiz Roberta Barro z Uniwersytetu Harvarda sprzed dwóch dekad, w których wykazał, że zależność między demokracją a długoterminowym wzrostem gospodarczym nie jest linowa, tylko przypomina kształtem wspomnianą wcześniej krzywą Laffera. W krajach, gdzie demokracji jest niewiele, zwiększenie liczby decyzji podejmowanych demokratycznie prowadziło do szybszego wzrostu gospodarczego. Ale po przekroczeniu pewnego poziomu demokracji w państwie średni wzrost gospodarczy zaczął spadać.

W 1996 r. Barro oszacował, że poziom demokracji w państwie, po przekroczeniu którego wzrost gospodarczy zaczyna spadać, jest dość niski. Oceniał, że dalsza demokratyzacja Meksyku czy Malezji sprawi, że kraje te będą się rozwijały wolniej. Barro uważał także, że demokratyzacja, która wówczas (w pierwszej połowie lat 90.) nastąpiła w Chile, Korei Południowej i Tajwanie, sprawi, że państwa te będą się bogaciły wolniej.

Tam gdzie demokracji jest niewiele, zwiększenie liczby decyzji podejmowanych demokratycznie prowadziło do szybszego wzrostu gospodarczego.

Garett Jones jet profesorem ekonomii w Center for Study of Public Choice na George Mason University w Wirginii. Uczelnia ta jest kuźnią bardzo oryginalnych myślicieli – warto wspomnieć Tylera Cowena czy Bryana Caplana. Ludzi, którzy nie boją się stawiać odważnych, intelektualnie stymulujących tez, zmuszających do myślenia (Caplan napisał doskonałą pracę o absurdzie sformalizowanej edukacji – „The Case against Education: Why the Education System Is a Waste of Time and Money”, „Rozprawa przeciwko edukacji: Dlaczego system edukacji to strata pieniędzy i czasu” – tłum. red.) i bezlitośnie kwestionujących utarte schematy. To mój ulubiony rodzaj autorów. Dlatego nie mogę postąpić inaczej niż tylko gorąco polecić tę książkę.

Aleksander Piński

Źródło nieznane