Przed wybuchem pandemii sytuacja wyglądała na komfortową. Wydatki budżetu rosły, ale rosły też dochody, więc deficyt finansów publicznych pozostawał stabilny. Zadłużenie było pod kontrolą: nie schodziło poniżej 50 proc. produktu krajowego brutto, ale też nie zbliżało się do poziomu 60 proc. PKB.
A pod względem kosztów obsługi zadłużenia było wręcz luksusowo. Jeszcze w latach 2009–2013 obsługa zadłużenia kosztowała nas co najmniej 2,5 proc. PKB – wynika z danych prezentowanych przez Eurostat, unijne biuro statystyczne. Od 2015 r. było to już mniej niż 2 proc. PKB w skali roku, a w 2021 r. znaleźliśmy się pod tym względem na poziomie 1,1 proc. PKB. Patrząc na nominalne kwoty: począwszy od 2009 r. koszty obsługi długu publicznego co roku mieściły się w przedziale 30–40 mld zł. I to raczej bliżej dolnych widełek. Wyjątkiem były lata 2012–2013, czas kryzysu w strefie euro, gdy obsługa długu kosztowała nas nieco ponad 40 mld zł. A w 2021 r. łączna kwota wydatków związanych z odsetkami od zadłużenia wyniosła 29,1 mld zł.
Reklama
W 2022 r. spadkowy trend już się nie utrzymał. Z notyfikacji fiskalnej koszty obsługi długu publicznego mają urosnąć do 1,7 proc. PKB. Na tym nie koniec. Zgodnie z projektem ustawy budżetowej wydatki w kategorii „obsługa długu Skarbu Państwa” skaczą do 66 mld zł. W ten sposób znajdziemy się w okolicach 2 proc. PKB. W tym przypadku mowa jedynie o zobowiązaniach centralnego budżetu.

Treść całego artykułu można przeczytać w piątkowym weekendowym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej albo w eDGP.