Wysoka inflacja jest spowodowana rosnącymi cenami energii oraz zerwanymi łańcuchami dostaw, których przyczyną jest przede wszystkim wojna w Ukrainie. Zgoda?
Nie.
Jak to? Tak uważa większość pańskich kolegów po fachu.
Wojna i powiązane z nią problemy z pewnością pogarszają sytuację, ale nie są fundamentalną przyczyną inflacji. Główną jest polityka pieniężna. Co do zasady decydenci muszą wyważyć proporcje pomiędzy ogólną podażą pieniądza w gospodarce a ilością dostępnych dóbr i usług. W sytuacji, gdy proporcje są zaburzone na niekorzyść dóbr i usług, mamy inflację.
Powinniśmy wrócić do Miltona Friedmana?
Owszem. Problem inflacyjny mamy od marca 2020 r. To wtedy wiodące banki centralne, głównie amerykański, zaczęły bardzo dynamicznie zwiększać podaż pieniądza - w tempie, którego nie widziano od co najmniej 70 lat. Negatywne szoki podażowe związane z COVID-19 razem z polityką pieniężną oraz fiskalną na poziomie państw narodowych stworzyły doskonałe warunki do pojawienia się inflacji.
Ale przecież w trakcie kryzysu finansowego 2008-2009 także mieliśmy dodruk pieniądza, który jednak nie przełożył się na wzrosty cen. Dlaczego teraz mielibyśmy za inflację winić bankierów centralnych?
I takiego argumentu używają niektórzy ekonomiści, choć jest błędny. Krach finansowy różnił się fundamentalnie od kryzysu spowodowanego pandemią. W 2008 r. banki centralne prowadziły luzowanie ilościowe, zwiększając bazę monetarną w gospodarce. A czym jest owa baza? To gotówka w obiegu oraz rezerwy banków komercyjnych. Banki centralne skupowały aktywa od banków komercyjnych, a były to głównie obligacje. Zwiększały tym samym gotówkę w obiegu i rezerwy banków komercyjnych, ale nie zwiększały całkowitej podaży pieniądza w gospodarce. Ta w tamtym okresie wręcz malała.
Jak to w ogóle możliwe: drukujemy pieniądz, a jego całkowita suma maleje?
To proste. Drukowano, mając nadzieję, że pieniądze zostaną wykorzystane do wsparcia akcji kredytowej i trafią do przedsiębiorstw. Jednocześnie nakładano na banki coraz ostrzejsze wymogi kapitałowe i regulacje. Czyli: dano im więcej pieniędzy, wymagając, by były bardzo ostrożne w dawaniu pożyczek. Była to sprzeczność, bo nie można oczekiwać, że banki będą zwiększać wartość udzielanych kredytów, a jednocześnie „pompować” wskaźniki kapitałowe. A jednak oczekiwano tego, i to na poziomie międzynarodowym, wprowadzając kolejne regulacje, chociażby w pakiecie Bazylea III. Jednocześnie banki centralne zaczęły wynagradzać banki komercyjne, trzymając swoje rezerwy na ich rachunkach. Te z chęcią przystały na przyzwoitą i gwarantowaną stopę zwrotu z posiadania depozytu w banku centralnym i zrezygnowały z inwestowania środków w niepewne przedsięwzięcia rynkowe.
A różnica z obecną sytuacją?
Widać ją, gdy weźmie się pod uwagę szeroki pieniądz, gotówkę oraz depozyty bankowe. Wówczas można wyjaśnić decyzje wydatkowe ludzi, a także inflację. I tak banki centralne w trakcie kryzysu covidowego skupowały nie tylko aktywa od banków, lecz także od innych instytucji finansowych. Te instytucje zaś mają rachunki w bankach komercyjnych. Za każdym więc razem, gdy bank centralny skupuje te aktywa, tworzy dodatkowe środki do wydania na zwykłym rachunku bankowym.
Czyli mieliśmy do czynienia z czymś na wzór luzowania ilościowego na sterydach?
Dokładnie. Tym razem był to szerszy program, obejmujący także finansowe instytucje pozabankowe.
Skąd ta zmiana?
To była paniczna decyzja. W obawie przed skutkami pandemii banki centralne postanowiły iść na całość, począwszy od najbardziej ekspansywnej Rezerwy Federalnej, przez Banki Anglii po Europejski Bank Centralny.
Publicysta ekonomiczny Dziennika Gazety Prawnej, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute, absolwent filozofii na Uniwersytecie Warszawskim oraz Podyplomowego Studium Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej PAN. W przeszłości jego artykuły ukazywały się na łamach tygodników „Wprost” oraz „Newsweek”. Zdobywca wyróżnienia w XV edycji konkursu im. Władysława Grabskiego za pracę z dziedziny polityki pieniężnej. W 2017 r. został laureatem Nagrody Centrum im. Adama Smitha im. Krzysztofa Dzierżawskiego za „promowanie wolności i zdrowego rozsądku.” Poza pracą dziennikarską, jest także wokalistą heavymetalowego zespołu Scream Maker, z którym wydał 5 płyt i zagrał ponad 400 koncertów, w tym 6 tras w Chinach.
