Jeśli ktoś zastanawiał się, dlaczego środowiska religijnych konserwatystów w USA popierały i popierają Donalda Trumpa – dwukrotnego rozwodnika i playboya, który chwalił się (często na wyrost) rozlicznymi kochankami oraz łapaniem kobiet za krocze – 2 maja dostał odpowiedź.
Tego dnia do amerykańskich mediów wyciekł szkic decyzji Sądu Najwyższego odwracającej orzeczenie sprzed prawie 50 lat, w którym uznano, że amerykańska konstytucja gwarantuje prawo do aborcji. Skandal związany z przeciekiem ma wiele wymiarów i ilustruje szereg problemów amerykańskiego systemu politycznego.
Reklama

Koniec konsensusu

Oburzenie liberałów – i radość konserwatystów – wywołała przede wszystkim treść dokumentu. Słynny wyrok w sprawie, która przeszła do historii pod nazwą Roe kontra Wade, zapadł w 1973 r. Wówczas złożony jeszcze z samych mężczyzn Sąd Najwyższy większością głosów siedem do dwóch wywiódł prawo do przerywania ciąży z XIV poprawki do konstytucji. Mówi ona m.in. o tym, że „żaden stan nie będzie stanowił lub wprowadzał w życie jakiegokolwiek prawa, które ograniczałoby przywileje i swobody obywateli Stanów Zjednoczonych, ani pozbawiał kogokolwiek życia, wolności i własności bez przepisanego prawem postępowania”.
Prawo do przerywania ciąży nie było jednak bezwzględne – zostało uzależnione od etapu ciąży. O ile w pierwszym trymestrze nie było żadnych ograniczeń, o tyle w trzecim aborcja była dopuszczalna jedynie przy bezpośrednim zagrożeniu życia matki. Niespełna 20 lat później w sprawie Casey kontra Planned Parenthood SN ponownie – tym razem już z pierwszą w historii kobietą w składzie – podtrzymał istotę wcześniejszego orzeczenia. Jednak zamiast podziału ciąży na trymestry, kryterium dopuszczalności aborcji stała się „przeżywalność” płodu, czyli zdolność do funkcjonowania poza ciałem matki, co następuje ok. 23. tygodnia ciąży. Wcześniej władze nie mogły wprowadzać regulacji, które narzucałyby kobietom osiągnięcie tego etapu ciąży.
Pierwsza kobieta w SN – nominowana przez Ronalda Reagana Sandra Day O’Connor – uzyskała poparcie 99 senatorów – i żadnego głosu sprzeciwu. Nominowaną ostatnio przed Joego Bidena sędzię Ketanji Brown Jackson poparli wszyscy demokraci i zaledwie trójka senatorów Partii Republikańskiej. A i tak uznano to za dobry wynik.
Tyle teoria. W praktyce różne zdominowane przez konserwatystów stany szukały sposobów na ominięcie obowiązującego prawa.