Marek Sanak genetyk i biolog molekularny, profesor nauk medycznych, kierownik Zakładu Biologii Molekularnej i Genetyki Klinicznej Wydziału Lekarskiego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownik Zakładu Diagnostyki Biochemicznej i Molekularnej Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie
Z Markiem Sanakiem rozmawia Mira Suchodolska
Reklama
Podczas poprzednich pandemii najsilniejsi przeżywali, najsłabsi umierali, a wraz z nimi ginęły wirusy oraz bakterie. Dziś mamy środki, żeby także tych najsłabszych utrzymywać przy życiu. Czy nie dajemy w ten sposób czasu wirusowi SARS-CoV-2 na to, by mutował?
Dziś największym problemem jest dla nas bardzo szybkie przemieszczanie się ludzi. Kiedy koronawirus pojawił się w Chinach, zbyt długo zwlekano z zawieszeniem lotów. Nie pierwszy raz, gdyż wirus SARS, ten z 2002 r., też się w ten sposób rozprzestrzenił po świecie, tyle że był o wiele mniej zakaźny. I teraz przeżywamy szok spowodowany bezradnością – potrafimy w medycynie robić rzeczy, o których się nam nie śniło 20 lat temu, a jesteśmy bezsilni. Rok pandemii to zbyt mało czasu, żeby wynaleźć lek, który skutecznie zwalczałby COVID-19. Nasze metody obrony przed nim niewiele się różnią od tych, jakie stosowano w przeszłości – zarządzamy kordony sanitarne czy izolację.
Ile mamy odmian SARS-CoV-2 na świecie, a ile w Polsce? I której z istniejących mutacji trzeba najbardziej się obawiać?
Najbardziej obawiamy się tych, których jeszcze nie poznaliśmy. A odmian jest tyle, ile przeprowadzonych badań mających na celu sprawdzenie sekwencji wirusa. Jedna próbka kosztuje około tysiąca złotych, a Polska nie przoduje w sekwencjonowaniu. Tam, gdzie się robi takich badań dużo, wykrywa się wiele nowych wersji – jest już ich bodaj 250. Naprawdę istotnych jest kilka: brytyjska, kalifornijska, brazylijska, indyjska i południowoafrykańska – bo zwiększyły o 25 proc., nawet 50 proc., zakaźność. Wirus zmienia się, aby zwiększyć możliwość zakażania następnych osób. A przy okazji staje się oporny na cząsteczki przeciwciał, które nabyliśmy, przechorowując infekcję wywołaną nim lub którymś z pięciu mu podobnych – bo istnieje coś takiego jak odporność krzyżowa. Dziś wszystkich interesuje, czy pojawi się mutacja, która będzie od razu zabijać. Być może. Pacjenci leżący pod respiratorami, choć zakazili się tym samym dominującym w danej populacji wirusem, po pewnym czasie – choroba trwa dość długo – mają w sobie jego wersję już nieco zmienioną. Patogen staje się sprytniejszy, łatwiej atakuje komórki naszego układu odpornościowego, jest bardziej zjadliwy. Te mutacje się nie rozprzestrzeniają, choć pewnie by tak było, gdyby ludzie umierali na ulicy. Ale u osób z najcięższym przebiegiem choroby, także tych, które na nią zmarły, zsekwencjonowano nowe mutacje wirusa – i nie była to ta sama wersja, którą się zakazili. Po prostu – miał tyle czasu, żeby się w ich organizmach zmienić w taki sposób, że stał się zabójczy.
Czy dobrze rozumiem: ktoś dziś zakaża się koronawirusem, po trzech tygodniach umiera, i okazuje się, że patogen, który doprowadził do zgonu, jest inny niż ten, który wywołał chorobę?
Zupełnie inny to on nie jest, nadal ma takie samo białko S w „kolcu”, które pierwsze przyczepia się do komórek, umożliwiając wejście wirusa do ich środka. Są publikacje, z których wynika, że aż 80 proc. osób, które umierają w warunkach szpitalnych, ma wirusa z takim samym białkiem S, ale jedno z pomocniczych białek, które przeprogramowuje ustawienie komórek, wywołując ich śmierć, mutuje. Jedna z tych mutacji przewija się najczęściej: białko Orf3a. Wirus jest prymitywnym organizmem, który kopiuje się z dużą liczbą błędów – pojawiają się raz na tysiąc powieleń, a jako że ma niespełna 30 tys. nukleotydów, a namnaża się tak, że w ciągu pół godziny powstaje tysiąc kopii, ma wiele szans na przetestowanie różnych mutacji.
Porozmawiajmy o szczepionkach. Pojawiły się wyniki badań, z których wynika, że wśród osób zaszczepionych dwoma dawkami szczepionki BNT162b2 mRNA (Pfizer) aż osiem razy częściej dochodziło do zachorowania na COVID-19 wywołanego mutacją południowoafrykańską w porównaniu do osób niezaszczepionych.
Nie należy tego rozumieć w ten sposób, że w tej grupie osiem razy częściej dochodziło do zachorowania, tylko że wśród osób zaszczepionych ponowne zakażenie zdarza się mniej więcej u 1,5 proc. I biorąc pod lupę te 1,5 proc., osiem razy częściej występował u nich wariant południowoafrykański, oporny na przeciwciała po zastosowaniu szczepionki. To samo dotyczy wariantu kalifornijskiego, który jest 10 razy bardziej oporny na to, co nazywamy neutralizacją wirusa. I nie ma znaczenia, czym szczepimy – preparatami Pfizera czy Moderną, gdyż w obu przypadkach białka produkowane po zaszczepieniu są podobne. To są mutacje wirusa, które uciekają przed naszą odpornością.
Jaki mechanizm zachodzi w tych kłopotach z neutralizacją wirusa?
Podobny jak w przypadku grypy, która co sezon wymaga nowej szczepionki. Wirus się zmienia, wygrywa wariant oporny na przeciwciała. Jeśli osoby zaszczepione ponownie się zakażą, to przebieg infekcji będzie lżejszy. Jednak nadal będą roznosić chorobę, staną się wektorem i to o tyle kłopotliwym, że mają poczucie własnej odporności, dodatkowo czasem nie mając objawów zakażenia. Ale nie jest tak, że się łatwiej zakażają, raczej trudniej. Natomiast niektóre warianty wirusa unikają neutralizacji przez przeciwciała wytworzone po szczepieniu. Dziś szczepimy wersją preparatów 1.0 – bardzo szybko powstały, ale pierwowzorem dla nich był wariant wirusa, który pojawił się na początku pandemii, a dziś mamy jego kolejne generacje, więc szczepionki działają na nie słabiej. Osoby zaszczepione są więc chronione, tyle że nie kompletnie.