A skoro przy praniu jesteśmy, to… dla mnie proszek to proszek. Jest biały i usuwa plamy. Ale kobieta widzi to inaczej. Moja żona kupkę niewielkiego prania potrafi podzielić na 18 mniejszych – każda ma inny kolor, jest wykonana z innego materiału oraz ma różny stopień zabrudzenia, a po wyjęciu z pralki ma także inaczej pachnieć. W praktyce oznacza to tyle, że na upranie mojego ulubionego T-shirtu muszę czekać mniej więcej kwartał – aż uzbiera się kupka „żółtych ciuchów, które trzeba wyprać w 30 stopniach i nadać im zapach irlandzkiej lawendy wymieszanej z piżmem”. Przedwczoraj przeprowadziłem eksperyment i wyprałem ten T-shirt w swoim płynie do rąk, włosów, samochodu itp. I wiecie, co się stało? Zupełnie nic. Mam go na sobie, jest czysty, a ja pachnę czarnoskórym mięśniakiem jadącym na białym koniu.

Teraz przejdźmy do urządzania domu czy mieszkania. Przecież gdyby robili to faceci, Ikea byłaby małym osiedlowym sklepikiem z trzema meblami w dwóch kolorach. Tymczasem jak wchodzę do niej z żoną po komplet szklanek, to przy kasie muszę zamawiać transport ciężarówką. Bo gdzieś między działem z prześcieradłami a energooszczędnymi żarówkami padło magiczne „chyba zmienimy wystrój salonu”. Po raz trzeci w tym roku.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP