Podział administracyjno-językowy Belgii praktycznie uniemożliwia wyłonienie zdecydowanego zwycięzcy w wyborach w całym kraju. O ile w niderlandzkojęzycznej Flandrii dużą popularnością cieszą się partie prawicowe, to we francuskojęzycznej Walonii silni są Socjaliści.

We Flandrii wybory 26 maja wygrał Nowy Sojusz Flamandzki (N-VA), uzyskując jedną czwartą głosów. Podobne poparcie dostała na południu kraju Partia Socjalistyczna (PS) byłego premiera Elio di Rupo. Biorąc pod uwagę populację całego kraju N-VA dostała jednak tylko 16 proc. głosów, a Socjaliści 9,46 proc.

Dotychczas partie te ze sobą nie współpracowały ze względu na ogromne różnice programowe. Teraz może się to jednak zmienić. Jeden z liderów N-VA, były minister ds. azylowych i migracji Theo Francken powiedział w poniedziałek, że ma nadzieję, iż jego ugrupowanie podejmie rozmowy koalicyjne na temat nowego rządu z walońskimi socjalistami.

Podstawą do kompromisu pomiędzy dwoma, sytuującymi się po przeciwnych stronach spektrum politycznego partiami, miałyby być ściślejsze zasady dotyczące migracji oraz zwiększenie świadczeń socjalnych, w tym podwyższenie pensji minimalnej. Ten pierwszy postulat ma na sztandarach N-VA, a drugi PS.

Flamandzcy nacjonaliści, jak bywa określana N-VA, sygnalizują też wolę zawieszenia jednego ze swoich głównych postulatów, czyli przekształcenia Belgii w państwo konfederacyjne, w którym władza należy głównie do regionów. "Możemy tylko tego żałować, ale musimy grać takimi kartami jakie otrzymaliśmy" - powiedział w radiu VRT Francken. Do zmiany struktury kraju potrzebna byłaby większość konstytucyjna, a tej nie da się obecnie zebrać.

Pomysł "społecznego kontraktu", który miałby połączyć ogień z wodą, czyli PS i N-VA pojawił się dopiero w ubiegłym tygodniu. Zakłada on zaostrzenie przepisów migracyjnych, w zamian za co prawica miałaby pójść socjalistom na ustępstwa w zakresie polityki społecznej.

Migracja jest jednym z kluczowych tematów debaty publicznej w Belgii. Upadek poprzedniej koalicji rządowej w minionym roku związany był właśnie z kwestiami migracyjnymi. N-VA wyszła z rządu w związku z brakiem zgody na podpisanie paktu migracyjnego ONZ.

Zbliżenie stanowisk walońskich socjalistów i flamandzkich nacjonalistów jest też efektem przesunięcia się tych ugrupowań w stronę centrum i zwiększenia reprezentacji skrajnej prawicy i skrajnej lewicy w 150-osobowej Izbie Reprezentantów. Radykałowie z obu stron, którzy nie wejdą do żadnej kolacji mają w niej około 30 miejsc, co oznacza, że z pozostałych 120 trzeba zebrać większość, w której znajdzie się przynajmniej 76 posłów mogących tworzyć zaplecze dla rządu.

NV-A i Socjaliści mają łącznie 45 miejsc i bez obu tych partii trudno będzie utworzyć koalicję. Pozostałe ugrupowania, które mogą do niej wejść to m.in. Chrześcijańscy Demokraci i Flamandowie (CD&V), zieloni z Ecolo oraz Ruch Reformatorski na czele którego stoi obecny premier Charles Michel.

Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że został on wybrany na szefa Rady Europejskiej i będzie mógł stać na czele rządu swojego kraju jeszcze nieco ponad dwa miesiące. Belgia jednak ma duże doświadczenie w radzeniu sobie w takich kryzysach. W 2010 i 2011 rozmowy koalicyjne zajęły w tym kraju 541 dni.

>>> Czytaj też: Największe fundusze inwestycyjne na świecie marzą o dziurze budżetowej w Niemczech