Miasta zamieniły się w pola bitew. "To już wojna domowa"
W styczniu przez ulice miast Iranu przetoczyła się fala gwałtownych demonstracji przeciwko władzy, którą żelazną ręką dzierży ajatollah Ali Chamenei. Przez kilka godzin 8 stycznia protestujący kontrolowali ulice Teheranu.
– Nie dało się jeździć. Tu i tam płonęły budynki – gruz, cegły, kamienie, zniszczenia. Gdy maszerowaliśmy, ludzie wyginali znaki drogowe, łamali je i podpalali wszystkie kosze na śmieci. Wszystkie kamery drogowe zostały zniszczone. To było zdumiewające i piękne w swojej destrukcji – relacjonował w rozmowie z tygodnikiem "The Economist" jeden z uczestników.
Funkcjonariusze służb bezpieczeństwa atakowali protestujących. Strzelali do nich z ostrej amunicji. Tłum bronił się. Według wielu relacji zamaskowani mężczyźni uzbrojeni w noże zabijali basidżów, czyli członków ochotniczych bojówek reżimu.
– To już wojna domowa. Po prostu tak jej nie nazywamy – mówiła brytyjskiemu tygodnikowi młoda kobieta z Meszhedu, drugiego co do wielkości miasta Iranu, które też zamieniło się w pole bitwy: spalono banki, meczety, wywracano wozy służb bezpieczeństwa.
Reżim utopił protesty we krwi. Krewni płacili za kule
Gdy tylko antyrządowe zamieszki nasiliły się, reżim po prostu wyłączył internet w kraju i za elektroniczną kotarą – z dala od oczu świata – dokonał bezwstydnego mordu na swoich zbuntowanych obywatelach. Potwierdzono już śmierć co najmniej 6,5 tys. osób. Z kolei Iran International, opozycyjna stacja nadająca z Wielkiej Brytanii, szacuje liczbę ofiar na ponad 36,5 tys.
Co gorsza, ciała zabitych są traktowane przez władze bez najmniejszego szacunku. Żeby znaleźć właściwe ciało, krewni muszą, jak wskazują relacje, przeszukiwać czasem całe stosy worków ze zwłokami. Gdy już je znajdą, muszą zapłacić za kule, którymi zabito ich bliskiego – inaczej nie mogą zabrać ciała.
"Poniżanie zmarłych przez władze radykalizuje społeczeństwo, które i tak już sięgnęło po przemoc. Nawet jeśli Stany Zjednoczone nie uderzą w reżim, jak Iran ma pozostać spójnym państwem po takiej rzezi?" – pyta „Economist”.
Ajatollahowie nie chcą ustąpić. Ulica: Jeden mułła na latarnię
Reżim kontrolowany przez 86-letniego Chameneiego, który podobno z obawy przed amerykańskimi nalotami zaszył się w bunkrze, chce przetrwać za wszelką cenę. Protestujących nazywa "terrorystami" lub "syjonistycznymi agentami". Co więcej, jego przedstawiciele boją się "piątej kolumny" we własnych szeregach. Dlatego też na przykład były prezydent Hasan Rouhani – który rzucał wyzwanie zarówno Korpusowi Strażników Rewolucji Islamskiej, jak i najwyższemu przywódcy – ma przebywać w areszcie domowym, a jego współpracowników objęto zakazami podróży.
Zresztą po obu stronach barykady słychać nawoływania do dalszej przemocy. 65-letni Cyrus Reza Pahlawi, syn ostatniego szacha, podkreśla prawo Irańczyków do samoobrony i wzywa Amerykę do uderzenia w irański reżim.
Obecnie Pahlawi jest twarzą obozu przeciwników ajatollahów. Jego zwolennicy twierdzą, że protesty nie mają sensu wobec reżimu, który jest w stanie zabijać na taką skalę. Wielu traci nadzieję, że armia lub policja przejdą na stronę społeczeństwa, jak stało się to w Syrii podczas buntu przeciwko Asadowi. Wątpią też, że Donald Trump faktycznie zamierza użyć potężnych sił zgromadzonych na Bliskim Wschodzie, by – jak obiecał – zaatakować irańskich autokratów. Opozycja z kraju i zagranicy nawołuje więc do sięgnięcia po broń i pomszczenia zabitych.
– Za tę masakrę każdy z nich (przedstawicieli sił bezpieczeństwa – red.) musi zginąć – mówił "Economistowi" jeden z uczestników protestu w Teheranie, zwykle wypowiadający się dość powściągliwie.
Demonstranci z irańskiej diaspory na Zachodzie też są coraz bardziej zradykalizowani. Wielu z nich zamiast symboli religijnych wybiera monarchistyczne – lwa i słońce – a ich hasła w mediach społecznościowych są otwarcie antyislamskie. "Jeden mułła na latarnię" – głosi jedno z nich.
Co dalej z Iranem? Chaos majaczy na horyzoncie
Trudno powiedzieć jak dalej potoczy się sytuacja w Iranie. W poniedziałek irańska agencja rządowa Tasnim podała, że w przeciągu kilku dnia ma dojść do rozmów przedstawicieli Teheranu z Amerykanami. Rozmowy miałyby toczyć się pod przewodnictwem szefa MSZ Iranu Abbasa Aragcziego oraz wysłannika prezydenta USA Steve'a Witkoffa. Ale czy do nich dojdzie?
Póki co u wybrzeży Iranu armada zbiera się Trumpa. Ale czy ruszy do boju? I na jaką skalę? Przypomnijmy, że Amerykanie do spółki z Brytyjczykami przeprowadzili aż trzy zamachy stanu w Iranie w XX wieku - w 1921, 1941 i 1953 roku.
Skutki zewnętrznych interwencji są nieprzewidywalne – Irak i Libia mogą stanowić przestrogę. Po nich oba te kraje pogrążyły się w wieloletniej wojnie domowej. Ale reżim Chameneiego na pewno łatwo nie ustąpi – będzie do końca walczył o zachowanie władzy i majątku. Wydaje się więc, że w najbliższym czasie 92-milionowy Iran – kraj wielu etnosów i religii – może pogrążyć się w chaosie.