Czy istnieje życie po imperium? Zastanawiałem się nad tym pytaniem w czasie szwedzkiego seminarium Engelsberg, które zgromadziło akademików, dziennikarzy i polityków w dawnej hucie żelaza dwie godziny jazdy od Sztokholmu.

Reklama

Szwecja kontrolowała kiedyś duże połacie północnej Europy. Następnie – po serii porażek militarnych – kraj ten zadowolił się bardziej skromną egzystencją jako małe państwo neutralne i zdrowe państwo dobrobytu.

Oceniając na podstawie ilości i jakości szampana konsumowanego w Engelsbergu, muszę przyznać, że życie po imperium może być całkiem słodkie – oczywiście tak długo, jak długo jakieś inne supermocarstwo jest w stanie powstrzymać twój świat przed zawaleniem się. Przez wiele pokoleń – nominalnie neutralna Szwecja mogła funkcjonować i rozkwitać tylko dzięki temu, że po cichu sprzymierzyła się z amerykańskim imperium. Dziś szwedzkie dążenia do członkostwa w NATO sprawiają, że ten sojusz stał się już bardziej wyraźny.

Szwedzkie imperium w XVII wieku

Szwecja była kiedyś potężnym imperium. W XVII wieku stanowiła wiodącą protestancką siłę w kontynentalnej Europie. Po wojnie trzydziestoletniej kontrolowała znaczną część Skandynawii oraz regionu Morza Bałtyckiego, a także terytoria wywalczone od Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego.

Upadek nastąpił kilka dekad później. Duża klęska w starciu z Piotrem Wielkim – którego dziś próbuje naśladować rosyjski przywódca Władimir Putin – w czasie Bitwy pod Połtawą w 1709 roku, rozpoczęła długi imperialny zwrot w tył, który ostatecznie doprowadził Szwecję do tego, czym ten kraj jest dziś. W XX wieku Szwecja była często postrzegana – i sama tak się widziała – jako kwintesencja państwa neutralnego – takiego, które przetrwało wojny światowe i zimną wojnę, dzięki czemu mogło zajmować się swoim ogródkiem.

To była całkiem przyjemna egzystencja. Szwecja bowiem posiada dziś 20. Najwyższy wskaźnik PKB per capita. Idzie to w parze z dynamiczną gospodarką kapitalistyczną oferującą hojne świadczenia socjalne. Kraj ten jest znany z wysokiego poziomu społecznego kapitału i wewnętrznej spójności, co umożliwiło prowadzenie niezwykle łagodnej polityki w czasie pandemii Covid-19, dzięki czemu życie codzienne w Szwecji mogło być całkiem zwyczajne. Korupcja i przestępczość znajdują się na niskich poziomach, choć ta ostatnia rośnie.

Zatem Szwecja radziła sobie bardzo dobrze pomimo, że nie była już potęgą. Być może właśnie dlatego większość Szwedów – jak się wydaje – nie tęskni dziś za dawnym imperium.

Blaski i cienie neutralności

Historia Szwecji nie jest jednak tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Neutralność może być bardzo korzystna: Sztokholm rozwścieczył Brytyjczyków w czasie II wojny światowej, gdy zdecydował się na sprzedaż krytycznych surowców obu stronom konfliktu. Ta sama neutralność może być też niebezpieczna jak wtedy, gdy kraj czuł się zmuszony do przepuszczenia niemieckich wojsk przez terytorium Szwecji przed atakiem na Związek Sowiecki.

Tego rodzaju postawa i tak nie uchroniłaby Szwecji, gdyby nazistowskie Niemcy wygrały wojnę i zdobyły panowanie nad Europą. Adolf Hitler, który nie przejmował się prawami mniejszych państw, nie zostawiłby Szwecji w spokoju ani na minutę dłużej, niż uznałby za konieczne. Balansowanie Szwecji było możliwe tak długo, jak długo najbardziej agresywne i brutalne państwa nie zdobywały przewagi siły.

Neutralność tylko w teorii

Szwecja milcząco uznawała to przez większość okresu zimnej wojny, gdy była państwem neutralnym w teorii, ale nigdy w praktyce. Kraj ten rozwinął głęboką współpracę wywiadowczą z USA oraz z NATO. Pozwoliło to zachodnim siłom na ciche korzystanie ze szwedzkich obiektów oraz doprowadziło do rozwinięcia wysokiego poziomu interoperacyjności z Zachodem. Szwecja podobno cieszyła się nawet luźnymi gwarancjami bezpieczeństwa – “niewidzialnym sojuszem” z Waszyngtonem i NATO – jak później ujął to jeden z dziennikarzy.

W świecie, gdzie ZSRR rósłby w siłę, wrażliwa Szwecja musiałaby się mierzyć z egzystencjalnym zagrożeniem. To dlatego Sztokholm pogodził się – nawet jeśli tylko nieformalnie - z amerykańską hegemonią.

Dziś Szwecja porzuca ostatnie ślady neutralności poprzez złożenie wniosku (wraz z Finlandią) o członkostwo w NATO. Ale urzędnicy w Sztokholmie powiedzieli mi, że powodem, dla którego Szwecja może tak szybko uzyskać członkostwo w Sojuszu, jest to, przez wiele lat kraj ten był de facto bardzo blisko związany z NATO. Oficjalne wejście do Sojuszu może być dużym krokiem dla Szwecji jeśli chodzi o zmianę wizerunku państwa neutralnego, ale jest to mały krok pod względem długoterminowej realnej współpracy z NATO.

Duże znaczenie wojskowe Szwecji

Szwecja jest aktorem o dużej wadze militarnej. Kraj posiada wysokiej jakości jednostki powietrzne oraz zdolności do prowadzenia walki pod wodą, a także istotną w sensie strategicznym geografię i położenie na Bałtyku. Sztokholm ma również dobre powody, aby wstąpić do Sojuszu. Szwedzkie ministerstwo obrony jest zaniepokojone rosyjskimi projektami dotyczącymi Gotlandii, a także ciągłymi naruszeniami ze strony Rosji szwedzkich wód, przestrzeni powietrznej oraz cyberprzestrzeni.

Oczywiście obawy te zostały wzmocnione rosyjską inwazją na Ukrainę, co pokazało, że kraj, który nie posiada formalnych gwarancji bezpieczeństwa, nie posiada nic. Rosyjski atak na Ukrainę pokazał też, że stabilność systemu międzynarodowego, który pozwalał Szwecji rozkwitać, już nie jest pewna.

Dążenie Szwecji do NATO w otwarty sposób pokazuje zatem coś, co szwedzcy przywódcy rozumieli już od dawna: że małe i średnie państwa mogą odnieść sukces tylko w takim świecie, gdzie równowagi sił strzegą kraje chroniące, a nie niszczące ich wolność. Szwedzkiego imperium już dawno nie ma. Ale na szczęście dla Szwecji – istnieje imperium amerykańskie.

Autor: Hal Brands