Prezydent Rosji Władimir Putin swoimi działaniami w Ukrainie ożywił europejską debatę o broni atomowej. Dyskusja ta przez długi czas sprowadzała się do przypisów, a teraz można ją śledzić w medialnych nagłówkach. Czy „Europa” potrzebuje swojego arsenału nuklearnego, aby powstrzymać potencjalne uderzenie Rosji, tak teraz, jak i przyszłości?

Reklama

Program Nuclear Sharing

Przez wiele lat w czasie zimnej wojny, jak również długo po jej zakończeniu, dyskusja na ten temat wydawała się rozstrzygnięta. Otóż europejscy członkowie NATO mieli chronić się pod parasolem atomowym Ameryki. W ramach sojuszniczego programu Nuclear Sharing pięć krajów partnerskich – Belgia, Holandia, Niemcy, Włochy oraz Turcja – goszczą na swoim terytorium około 100 amerykańskich głowic jądrowych. Aby odpowiedzieć na potencjalne uderzenie ze strony Rosji, sojusznicy byliby zdolni do samodzielnego zrzucenia amerykańskich głowic przy wykorzystaniu swoich własnych samolotów.

Oprócz tych amerykańskich głowic, Francja i Wielka Brytania posiadają swoje własne arsenały. Przy czym Francja od zawsze trzymała swoje bomby atomowe poza wspólnymi strategiami NATO – to jedyny kraj spośród 30 członków Sojuszu, który nie bierze udziału w spotkaniach Grupy Planowania Nuklearnego NATO.

Europejczycy pytają o amerykańską wiarygodność

Zanim jeszcze Putin w tym roku rozpoczął wojnę przeciw Ukrainie, niektórzy Europejczycy obawiali się, że amerykański parasol nuklearny staje się coraz mniej wiarygodny, co z definicji miało oznaczać mniejszą zdolność do odstraszania. USA przeniosły geopolityczny punkt ciężkości z Atlantyku na Pacyfik, w szczególności w kierunku powstrzymywania Chin, które to państwo bardzo szybko rozbudowuje swój własny arsenał nuklearny.

Zatem w tej sytuacji Waszyngton musi utrzymać dwa parasole nuklearne i musi mieć plan na wypadek dwóch symultanicznych wojen. Badacze, tacy jak Maximilian Terhalle z Niemiec i Francois Heisbourg z Francji ostrzegali, że gdyby Waszyngton został zmuszony do wyboru, to prawdopodobnie jako priorytet wybrałby realizację zobowiązań w Azji wobec takich sojuszników, jak Japonia, Korea Południowa i Tajwan.

Co gorsza, były prezydent USA Donald Trump wystraszył Europejczyków, gdy zaczął kwestionować klauzulę o wzajemnej obronie NATO, a nawet rozważał wycofanie Stanów Zjednoczonych z Sojuszu. Obecnie Trump już nie jest gospodarzem Białego Domu. Ale on, lub prezydent do niego podobny, może powrócić. Zatem w długiej perspektywie wydaje się, że USA są mniej wiarygodne jako obrońca, niż było to w przeszłości.

Na domiar złego Putin wysuwa niezbyt zawoalowane groźby, że może użyć broni nuklearnej przeciw Ukrainie lub państwom zachodnim, jeśli te chciałby ingerować w jego wojnę. Obecnie panuje zgoda co do tego, że Putin blefuje. Natomiast od państw bałtyckich po Polskę oraz jeszcze dalej, Europejczycy bardzo chcieliby wiedzieć, jaki jest plan awaryjny.

Francuski parasol nad Europą? Paryż ani nie chce, ani nie może

W jednym ze scenariuszy Francja mogłaby rozszerzyć swój parasol nuklearny na całą Unię Europejską (której częścią Wielka Brytania już nie jest). Francuski prezydent Emmanuel Macron często mówi o osiąganiu europejskiej „autonomii”, przez co zazwyczaj rozumie niezależność od USA. Zatem teoretycznie powinien wziąć za to odpowiedzialność również pod tym względem.

W praktyce jednak Francuzi ani nie chcą tego robić, ani nie są do tego zdolni. Od czasów generała Charlesa de Gaulle’a, Francja zawsze nalegała na zupełną suwerenność w obszarze swojego arsenału jądrowego oraz wszelkich decyzji w tym zakresie. Pod tym względem wszystkie wizje europejskiej “force de frappe”, jak Francuzi nazywają swoje głowice jądrowe, będą natrafiały na ten sam problem, co idea „europejskiej armii”. Otóż bez Stanów Zjednoczonych Europy nie jest jasne, kto wydawałby polecenia, kiedy i jak.

Co więcej, francuski arsenał nie jest przygotowany na odgrywanie takiej roli. Francja bowiem posiada relatywnie małą liczbę 290 głowic. W razie pełnowymiarowej wojny, przeciwnik taki jak Rosja, który posiada tysiące głowic, mógłby mieć pokusę – oraz zdolności – do zniszczenia tego potencjału przy pomocy pierwszego uderzenia wyprzedzającego. Odstraszanie nuklearne działa tylko wtedy, gdy istnieje możliwość analogicznej odpowiedzi na pierwszy atak.

Francuskie głowice nuklearne są także niewłaściwe jeśli chodzi o rodzaj. Otóż mają one charakter “strategiczny”, czyli są zdolne do spowodowania wielu ataków podobnych do Hiroshimy, a zatem można je wykorzystać tylko w scenariuszu wojny totalnej, aby zniszczyć całe miasta na terytorium wroga.

Jeśli Rosja miałaby dokonać eskalacji nuklearnej, to zrobiłaby to przy użyciu broni „taktycznej” – czyli mniejszych głowic używanych na mniejszych dystansach po to, aby podporządkować sobie wroga lub zwyciężyć w określonych bitwach. To raczej niemożliwe, aby Francja (lub ktokolwiek inny) odpowiedział na pierwsze i ograniczone uderzenie taktyczne bezpośrednio uderzeniem strategicznym, gdyż to prowadziłoby to Armagedonu.

W efekcie wszystkie zachodnie państwa nuklearne – USA, Francja i Wielka Brytania – muszą dodać do swoich arsenałów więcej głowic o charakterze taktycznym, aby móc nadążyć za Rosją i uzyskać zdolność do elastycznej odpowiedzi na rosyjską agresję. Unia Europejska, pod przewodnictwem Niemiec i Francji, mogłaby współpracować w tym zakresie. Jednak nawet wtedy Europejczycy wciąż musieliby rozwiązać stare problemy dotyczące struktury zarządzania.

Niemiecka broń atomowa?

Alternatywnie państwa takie jak Niemcy mogłyby zbudować swoje własne bomby jądrowe. Aby jednak móc to zrealizować, Berlin musiałby wycofać się z układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej oraz z umowy pozwalającej na zjednoczenie Niemiec. Poza tym Niemcy musiałby wywrócić do góry nogami swoją całą powojenną kulturę polityczną. Wielu niemieckich liderów politycznych wyrastało na protestach przeciw stacjonowaniu na terytorium Niemiec amerykańskich rakiet i głowic jądrowych.

Utrzymanie amerykańskiego parasola najbardziej realistyczne

Na chwilę obecną realistyczną odpowiedzią wobec zagrożeń Rosji Putina jest utrzymanie i uzupełnienie amerykańskiego parasola atomowego. Większa liczba taktycznych głowic jądrowych, w większej liczbie miejsc i dostarczona na różne sposoby – to jedyny język, który jest rozumiany w Moskwie i w Pekinie. Prawdopodobnie jest to również jedyny sposób na spowolnienie tempa, w jakim inne kraje – sojusznicze lub wrogie – będą uzyskiwały własną broń jądrową. Ale cała amerykańska klasa polityczna – po obu stronach politycznego sporu – musi potwierdzić to amerykańskie zobowiązanie wobec sojuszników – bez względu na to, czy będzie rządził Trump, czy nie.

Świat wchodzi w nowy wyścig zbrojeń

Żaden wniosek nie może być bardziej przygnębiający. Oznacza to bowiem wejście w nowy wyścig taktycznych zbrojeń i pójście w przeciwnym kierunku, niż przewidywał Traktat o zakazie broni jądrowej, podpisany przez 86 państw, które nie posiadają takiej broni i które chciały zakazać tego diabolicznego narzędzia walki. Tymczasem zamiast eliminacji głowic jądrowych, będziemy szukać nowych sposobów, aby zniechęcać do ich użycia.

Za to wszystko winę ponosi Władimir Putin. To on zaatakował Ukrainę – 28 lat po tym, jak Rosja zagwarantowała bezpieczeństwo tego kraju, dzięki czemu Ukraina mogła oddać swój własny arsenał jądrowy. Putin złamał tabu i zaczął grozić eskalacją nuklearną w ramach wojny konwencjonalnej. Przez to wszystko prezydent Rosji sprawił, że naiwność i pacyfizm są już nie do utrzymania. Unia Europejska, która słusznie nazywana jest największym “projektem pokojowym” w historii świata, musi przygotować się do samoobrony.

Autor: Andreas Kluth