Z francuskim politologiem Gilles’em Ivaldim rozmawia Szymon Łucyk
Czy można potraktować mianem „skrajnej prawicy” tak różne formacje jak Rasssemblement National (Zjednoczenie Narodowe, RN) Marine Le Pen, Fratelli d'Italia (Bracia Włosi, FdI) Giorgii Meloni czy Fidesz Viktora Orbána? Może to już tylko epitet służący do dyskwalifikowania przeciwników?

Nie mam kłopotu z określeniem wymienionych ugrupowań jako „skrajnej prawicy”, choć w pracach naukowych wolę precyzyjniejsze pojęcie radykalnej prawicy. Różnica polega na tym, że niektóre partie, potocznie nazywane dziś w mediach skrajną prawicą, powstały jako konserwatywne czy konserwatywno-liberalne – myślę np. o Fideszu czy PiS – jednak z czasem przesunęły się bardzo na prawo. Inne zaś, jak francuski RN, od samego początku miały radykalny charakter, bo chciały zmienić system. Rozumiem jednak, że pojęcie skrajnej prawicy lepiej trafia do odbiorców. Jego zaletą jest też to, że zwraca uwagę na to, że te ruchy są groźne.

Reklama

CAŁY TEKST W PAPIEROWYM WYDANIU DGP ORAZ W RAMACH SUBSKRYPCJI CYFROWEJ