Stanisławczyk w radiu rządzi od roku. Zanim została prezes publicznej rozgłośni, większego doświadczenia z tym medium nie miała. Przez lata związana była ze słowem pisanym, była m.in. redaktor naczelną „Sukcesu”, jest też autorką kilku książek. Sobala jest dla odmiany zaprawiony w bojach, bo w przeszłości kierował radiową Jedynką, Trójką i nieistniejącym już Radiem BiS. Współpracownicy wskazują wspólne cechy obojga kandydatów: kontrowersyjny styl zarządzania zespołem, przekonanie o własnej nieomylności i burzliwe konflikty z dziennikarzami.

Sprzeciw związku

Sobala do Polskiego Radia trafił w 2006 r. jako szef młodzieżowej „BiS-ki”. Drastyczne zmiany w ramówce i rozstanie z głosami stacji tłumaczył w dość bezpardonowy sposób. „Sorry i wybaczcie Ziomale, ale chcę zrobić z BiS najlepsze radio w Polsce” – napisał na stronie internetowej. Słuchacze, którzy nie chcieli zaakceptować jego programowych decyzji, byli oburzeni.

Nie lepiej było, gdy trzy lata później Sobala trafił do Trójki. Przeciwko niemu zawiązał się w stacji związek zawodowy. Zapisał się niemal cały zespół. – Nie będziemy współpracować z nowym szefem, bo jest z politycznego nadania – tłumaczył Zbigniew Zamachowski. O robienie z radia tuby propagandowej oskarżał Sobalę Wojciech Mann.

Nowy szef w odpowiedzi zarzucał związkowcom, że chcą doprowadzić do prywatyzacji Trójki i uwłaszczyć się na majątku radia. Ci go pozwali i po trzech latach procesu wywalczyli przeprosiny.

Trudne relacje

Z podobnym sprzeciwem tego samego związku spotkała się Barbara Stanisławczyk. Obecna prezes poszła jednak o krok dalej i oprócz publicznych oskarżeń pod adresem dziennikarzy zdecydowała się zwolnić trzech członków zarządu wspomnianego związku zawodowego: Pawła Sołtysa, Wojciecha Dorosza i Marcina Majchrowskiego. Wszyscy pozwali radio do sądu. W tym przypadku – jak twierdzi Dominika Bychawska-Siniarska z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka – sytuacja wydaje się prosta. – Wszyscy byli chronionymi pracownikami i związki nie wydały zgody na ich zwolnienie – tłumaczy.

Ich sprawę prowadzi zewnętrzna kancelaria, wynajęta przez PR. Szef zespołu prawników Lucjan Jarzyński kilka tygodni temu odszedł, a swoją decyzję uzasadniał publicznie „karczemną awanturą”, jaką miała mu urządzić właśnie Stanisławczyk. W jego oświadczeniu pojawiły się sugestie, jakoby sytuacja w radiu ocierała się o mobbing. Szefostwo publicznego nadawcy tę relację nazywało pomówieniami i złamaniem zasad etyki zawodowej i zapowiedziało skierowanie sprawy do sądu oraz do Okręgowej Izby Radców Prawnych.

– Jej wylot z radia przez wielu na pewno będzie przyjęty z dużym entuzjazmem – mówi jeden ze związkowców Polskiego Radia. Ale zaraz dodaje, że przyjście Sobali także rodzi mieszane uczucia.

– Gdyby jednak bezpośrednio porównać jego dokonania z czasów Trójki i do tego, co zrobiła Barbara Stanisławczyk, to wychodzi na dość łagodnie usposobionego zawodnika. Są i tacy, którzy widzą nadzieję na jakiś dialog – słyszymy od naszego rozmówcy.

Sobala obecnie kieruje TVP3 Warszawa, trafił tam w marcu ubiegłego roku. W telewizji nie zrobił najlepszego wrażenia. I nie chodzi tylko o jego ekscentryczny styl ubierania. Współpracownicy wyrzucają mu czystki w zespole i uważają, że dyrektorski stołek traktuje jak zesłanie. – Na dzień dobry zażartował, że „nikomu nie urwie ręki, chyba że głowę”, i poprosił o przełożenie kolegiów na późniejszą godzinę, bo 9.30 to dla niego za wcześnie. To by nam rozwaliło dzień – relacjonuje jeden z dziennikarzy. Za jego kadencji na wizji zadebiutowało „Studio Yayo”, czyli kabaretowy program Ryszarda Makowskiego i Pawła Dłużewskiego obśmiewany za mizerię scenariuszową i żarty głównie z jednej – opozycyjnej – strony sceny politycznej. Sobala dał też program Janowi Pietrzakowi i Cezaremu Gmyzowi, autorowi głośnego tekstu o trotylu na wraku tupolewa w „Rzeczpospolitej”, który dziś jest berlińskim korespondentem „Wiadomości”.

Kto jeszcze

Wśród przesłuchanych przez RMN kandydatów na stanowisko prezesa był także Mariusz Staniszewski, który pracę w „Rzeczpospolitej” stracił właśnie po tekście Gmyza. Wicenaczelny „Wprost” i były sekretarz redakcji tygodnika „Do Rzeczy” jest nieoficjalnie wymieniany jako kandydat do fotela wiceprezesa w sytuacji, w której swoje stanowisko miałaby zachować Barbara Stanisławczyk.

Członkowie RMN pytani o szanse kandydatów uciekają od odpowiedzi. – Nic pani nie powiem – ucina Czabański. To PiS ma w radzie większość, dlatego, jak mówi Juliusz Braun, były prezes TVP, przedstawiciel opozycji w radzie, wiadomo, że decyzję podejmie Jarosław Kaczyński. Jego zdaniem w czasie przesłuchania Stanisławczyk wypadła fatalnie, a Sobala podpadł Krzysztofowi Czabańskiemu ironiczno-cynicznymi komentarzami. M.in. – zwracał się do niego „panie starszy”. Czabański półżartem skwitował, że kandydat mógłby prowadzić kanał kabaretowy w radiu. – Stanisławczyk nie umiała odpowiadać na podstawowe kwestie, także finansowe. Jej rozeznanie jest wyjątkowo słabe jak na rok szefowania w spółce – podsumowuje Braun.

O posadę oprócz Jacka Sobali i Barbary Stanisławczyk ubiega się m.in. Tomasz Wybranowski (były dyrektor Polskiego Radia dla Zagranicy), Henryk Cichecki (były wiceprezes Polskiego Radia) i dziennikarka Marzanna Stychlerz-Kłucińska. ⒸⓅ

>>> Polecamy: Papierowy plan Morawieckiego: słuszne cele, problem z realizacją