Już wiadomo, że to Martin Schulz, były przewodniczący Parlamentu Europejskiego, będzie kandydatem SPD na urząd kanclerza RFN i nowym szefem partii. Sigmar Gabriel, wicekanclerz Niemiec, przewodniczący SPD i minister gospodarki, ma zachować funkcję wicekanclerza i objąć tekę Ministra Spraw Zagranicznych. Dla wielu taka zmiana miejsc była mocno nieoczekiwana. Gabriel przecież przez lata kroczył śladami swojego mentora Gerharda Schrödera i wydawało się logiczne, że za kilka miesięcy przystąpi do najważniejszej walki w swoim życiu.

Dostrzegano naturalnie również ambicje Schulza, ale do tej pory niemieccy politycy odchodzili z krajowej polityki do Brukseli na zawsze – nikomu nie udał się transfer w przeciwnym kierunku. Dlatego też, mimo korzystnych sondaży, jest za wcześnie, by przesądzać o jego zwycięstwie w wyborach do Bundestagu 24 września.

Martin Schulz przez ponad 20 lat działał w Parlamencie Europejskim i nie ma wielkiego doświadczenia w wewnątrzniemieckiej polityce. Najważniejszą funkcją, jaką sprawował w Niemczech, był urząd burmistrza niespełna 40-tysięcznego miasta Würselen blisko granicy z Belgią i Holandią.

Ten zaskakujący manewr jak na razie służy socjaldemokratom. W niektórych sondażach po raz pierwszy od lat wyprzedzili liderującą dotąd CDU/CSU. Zmiana szefa rządu RFN jest dziś bardziej prawdopodobna niż jeszcze na początku tego roku. Jak może ona wpłynąć na niemiecką gospodarkę?

Diagnoza Schulza

Kiedy Martin Schulz stanął przed rozentuzjazmowanymi członkami SPD w partyjnej centrali, czyli domu imienia Willy’ego Brandta w Berlinie, i mówił, że będzie kandydować na urząd kanclerza Niemiec, wyglądał na głęboko poruszonego. Być może tego dnia bardziej szczęśliwy od niego był tylko Roger Federer, który krótko wcześniej po siedmioletniej przerwie po raz piąty wygrał Australian Open.

W inauguracyjnym wystąpieniu Schulz sporo mówił o sobie, o Europie oraz o walce z populizmem i przestępczością. Jego głównym przesłaniem było to, że „Niemcy muszą stać się bardziej sprawiedliwym krajem”, w którym da się „dobrze i bezpiecznie żyć” i w którym dzięki solidnej edukacji dzieci otrzymują perspektywy na przyszłość. Z tego oraz ze wcześniejszych działań i wypowiedzi Schulza wynika, że w razie jego zwycięstwa Niemcy czeka korekta polityki gospodarczej.

W diagnozie, którą przedstawił w styczniu Schulz, Niemcy jawią się jako kraj społecznej niesprawiedliwości. Kraj, w którym ze względu na galopujące czynsze pracujących rodziców z dziećmi nie stać na wynajęcie mieszkania w dużym mieście. Kraj, w którym mimo błędnych decyzji prezesi wielkich koncernów otrzymują sowite odprawy, „podczas gdy sprzedawczyni traci pracę już w przypadku drobnego wykroczenia”.

Schulz piętnował również obecne regulacje, które sprawiają, że część składki odprowadzanej przez pracodawców na ubezpieczenie zdrowotne jest niższa niż kwota płacona przez pracobiorców. Jego zdaniem niesprawiedliwe jest i to, by państwo wydawało miliardy na ratowanie banków, podczas gdy „kruszy się tynk ze ścian w szkołach naszych dzieci”.

Wreszcie w ocenie Schulza sprawiedliwości nie ma również w niemieckim systemie podatkowym, który zmusza „lokalną piekarnię do finansowania dobra wspólnego”, a który równocześnie pozwala „globalnemu koncernowi kawowemu parkować pieniądze w rajach podatkowych”. Kandydat SPD zapowiedział wówczas, że „sprawiedliwość podatkowa i walka z ucieczką od płacenia podatków będą głównymi tematami kampanii wyborczej”.

>>> Polecamy: Spór Waszczykowskiego z Timmermansem. Czas na opcję nuklearną wobec Polski

Deklaracje kandydata na kanclerza

Przy okazji tej diagnozy sytuacji Schulz już wskazał na zmiany, które wdroży rząd pod ewentualnym jego kierownictwem. Jednym z nich jest podwyższenie składek na ubezpieczenie społeczne, jakie miałyby odprowadzać przedsiębiorstwa w Niemczech. Obecne regulacje wprowadziła w poprzedniej kadencji koalicja CDU/CSU i liberałów.

Bardzo prawdopodobne, że kanclerz Schulz będzie chciał też realizować program budownictwa socjalnego. Administracyjne ograniczenia wysokości czynszów, które wprowadzał jego partyjny kolega minister sprawiedliwości Heiko Maas, nie zdały dotąd egzaminu.

Rosnący popyt na mieszkania szczególnie w niemieckich metropoliach, o czym pisaliśmy niedawno w Obserwatorze Finansowym, każe przypuszczać, że bez zwiększenia popytu nie da się zatrzymać wzrostu cen sprzedaży i wynajmu nieruchomości. Bardzo możliwe, że w tej dziedzinie dojdzie do rywalizacji między pomysłami Schulza a programem partii Angeli Merkel, która przez podatkowe zachęty będzie chciała zachęcić sektor prywatny do inwestycji budowlanych.

Tym, co mocno dzieli Martina Schulza i obecną politykę koalicji CDU/CSU-SPD, jest wykorzystanie rekordowo wysokich wpływów budżetowych. Schulz już teraz krytykuje działania ministra finansów Wolfganga Schäuble, który obiecuje przeznaczyć część nadwyżki budżetowej na „prezenty wyborcze w postaci obniżenia podatków, z czego najwięcej skorzystają bogaci, zamiast inwestować w głowy naszych dzieci”. Ten postulat zwiększania inwestycji publicznych SPD podnosi od dłuższego czasu, ale dotąd była zupełnie bezsilna wobec polityki Schäublego, które preferował ograniczanie długu publicznego. Ponieważ w powyborczej konstelacji politycznej w Niemczech socjaldemokraci zrobią wiele, by nie rządzić już razem z chadekami, względnie przejąć stanowisko ministra finansów, zmiana polityki fiskalnej rządu federalnego jest również bardziej realna niż wcześniej.

Zapowiadając walkę z koncernami ukrywającymi zyski w rajach podatkowych, Martin Schulz dobrze trafił w nastroje centrolewicowych wyborców w Niemczech. Spodobać może im się również to, że kandydat SPD nie boi się atakować wielkich firm i w swoim inauguracyjnym wystąpieniu pośrednio napiętnował Starbucksa.

Kłopot Schulza może jednak polegać na tym, że w Unii Europejskiej nie tak łatwo będzie wprowadzić preferowaną przez niego regułę, że „kraj zysku jest krajem opodatkowania”. Poza tym głównym rajem podatkowym w UE jest Luksemburg, gdzie prawie dwadzieścia lat premierem i ministrem finansów pozostawał Jean-Claude Juncker, obecny przewodniczący Komisji Europejskiej i prywatnie dobry znajomy Schulza. Ten ostatni jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego nie zrobił zbyt wiele, by zmusić Junckera do wyjaśnienia skandalu „Luxemburg-Leaks”, czyli systemu pozwalającemu międzynarodowym koncernom lokować pieniądze w Luksemburgu i w ten sposób unikać płacenia podatków innych krajach UE. Czy ta sytuacja sprzed paru lat może obniżyć wiarygodność Schulza? Na razie wielu wyborcom podoba się jego werbalny populizm socjalny, który wyraża z dużą pasją. Możliwe, że po ewentualnym sukcesie wyborczym Martin Schulz będzie chciał zmazać dawne błędy.

W żadnym razie nie da się jednak opisać Martina Schulza jako walczącego antyglobalisty. Przeciwnie. Niejednokrotnie opowiadał się za wolnym handlem i angażował się na rzecz handlowego porozumienia między UE i Kanadą (CETA). Przyjęcie przez Parlament Europejski tego traktatu na posiedzeniu 15 lutego jest także zasługą niedawnego przewodniczącego tej instytucji.

Nie wiadomo jednak, czy poglądy Schulza w tej sprawie nie będą ewaluowały. W swoim styczniowym wystąpieniu zupełnie pominął ten temat, a przecież nabiera on jeszcze większego znaczenia po decyzji Brytyjczyków w sprawie Brexitu i po objęciu urzędu przez prezydenta Donalda Trumpa. Bardzo możliwe, że w negocjacjach z Londynem Schulz będzie reprezentował twardsze stanowisko niż Angela Merkel. Już zapowiedział, że nie zgodzi się na to, by rezygnując z członkostwa w UE, Brytyjczycy porzucili jedynie unijne regulacje i nadal mogli korzystać z benefitów Unii. Schulz był jednym z tych europejskich polityków, którzy po brytyjskim referendum domagali się od rządu w Londynie, by natychmiast uruchomił artykuł 50 Traktatu UE i jak najszybciej opuścił wspólnotę. Schulz zapowiadał też, że nie dopuści, by Wielka Brytania stała się dla UE konkurencją z powodu ewentualnego dumpingu socjalnego i kosztem pozostałych 27 krajów Unii przyciągała kapitał i najbardziej atrakcyjne miejsca pracy.

Kierunek: Europa

Zaraz po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie Brexitu Schulz i Sigmar Gabriel ogłosili 10-punktowy plan, którego realizacja miała nadać Europie nowy kierunek, a Europejczykom zapewnić bezpieczeństwo i sprawiedliwość. Odpowiedzią Schulza na wyjście Brytyjczyków z UE było – mówiąc dużym skrótem – więcej Europy. Co prawda proponował on, by Unia skoncentrowała się na rzeczach najważniejszych, ale w pozostałych dziedzinach domagał się dalszej integracji i wzmocnienia unijnych instytucji. Centralnym instrumentem UE miałby być Pakt Stabilności i Wzrostu z 1997 r., przy czym kraje członkowskie Unii uzyskałyby więcej swobody w zwiększaniu wydatków publicznych w okresach dekoniunktury gospodarczej. Do zapewnienia prosperity w Europie służyłby dalej rozwijany plan Junckera, czyli Europejski Fundusz na rzecz Inwestycji Strategicznych (EFSI), który miałby mieć do dyspozycji jeszcze więcej środków niż teraz i finansować jeszcze większe projekty europejskie.

To podejście może być zapowiedzią stanowiska Schulza i jego ekipy do kwestii negocjacji w sprawie finansów UE po roku 2020. Wspominał on o nich – tym razem w kontekście imigracji do Unii – także podczas swojego pierwszego wystąpienia jako kandydat SPD na urząd kanclerza Niemiec. „Jeśli w niektórych państwach członkowskich solidarność rozumie się jako ulicę jednokierunkową i przy finansowaniu rolnictwa i projektów strukturalnych mówi się >>Tak, poproszę<<, natomiast przy solidarności z ludźmi mówi się >>Nie, dziękuję<<, to przyszły rząd federalny musi połączyć kwestię solidarności w sprawie polityki wobec uchodźców z kolejnym planem finansowym UE” – mówił w styczniu Schulz.

W kręgu FroGS

„Gerhard Schröder jest jednym z wielkich polityków w Niemczech, a jego Agenda 2010 pozostaje wzorem dla wielu krajów w Europie” – chwalił byłego kanclerza Niemiec Martin Schulz. Było to trzy lata temu, kiedy Schröder świętował swoje 70-lecie, a ówczesny szef Parlamentu Europejskiego prowadził swoją kampanię wyborczą. Schulz wyznał wtedy, że zawsze zaliczał siebie do FroGS, czyli kręgu przyjaciół Gerharda Schrödera (Friends of Gerhard Schröder). To wyznanie było szczere, bo Schulz rzeczywiście od początku tego wieku wspierał zmianę systemu społeczno-gospodarczego w Niemczech, którą potem jako Agendę 2010 zrealizował Schröder.

Tym, co łączy Martina Schulza z weteranem niemieckiej socjaldemokracji, jest przywiązanie do przemysłu. U Schrödera przejawiało się to we wspieraniu koncernów motoryzacyjnych, zaś u Schulza w jego wezwaniach do budowy gospodarki 4.0 i konieczności „przemysłowego renesansu w Europie”. Czy tych zbieżności będzie więcej?

Okaże się to w ciągu najbliższych miesięcy, kiedy Schulz przedstawi bardziej szczegóły program gospodarczy. Zapewne będzie chciał jednak uniknąć błędu Schrödera, który przez wielu tradycyjnych wyborców SPD postrzegany jest jako ten, który porzucił idee socjaldemokracji i z towarzysza robotników przekształcił się w przyjaciela prezesów wielkich firm.

Jak zauważa komentator Spiegel Online, Martin Schulz nie chce zrażać do siebie przedsiębiorców, ale jego wypowiedzi wskazują na to, że w razie sprzecznych interesów zawsze bliżej będzie mu do związkowców. „Potrzebujemy w Niemczech wyższych pensji, bo ogromne zyski wypracowane przez pracobiorców w ostatnich dekadach rosły szybciej niż płace” – powiedział Schulz w niedawnym wywiadzie dla mediów Grupy Funke. Oznacza to, że nie tylko kampania wyborcza w Niemczech może być gorąca, ale również negocjacje taryfowe między organizacjami pracodawców i związkami zawodowymi.

Autor: Andrzej Godlewski