Na wielkanocnym spotkaniu klubu Prawa i Sprawiedliwości w ostatnią środę prezes Jarosław Kaczyński ostrzegał, że PiS może się potknąć o własne nogi. Jego zdaniem, choć wcześniej było to trudne do wyobrażenia, partia może przegrać wybory, więc potrzebna jest mobilizacja moralna. – To efekt tego, że coraz więcej partyjnych konfliktów dociera na Nowogrodzką – mówi jeden z posłów PiS. – To kwestia pychy i błędów wizerunkowych – mówi inny polityk zbliżony do Nowogrodzkiej.

Przykładem były nagrody dla ministrów rządu Beaty Szydło. Choć była premier ich ostatnio broniła, politycy PiS wiedzą, że elektorat może im tego nie wybaczyć. Kaczyński obawia się, że partia zbyt pewna siebie straci możliwość reagowania na popełniane błędy i pogrąży się w walkach frakcyjnych. – Nawet nie chodzi o sytuację w rządzie, ale przedbiegi do wyborów samorządowych – mówi jeden z polityków ugrupowania rządzącego. Strategia ma się opierać na dwóch filarach.

Gesty dobrej woli

Z jednej strony, lider PiS chce uspokoić sytuację w stronnictwie i maksymalnie bezboleśnie przestawić je na tryb wyborczy. Z drugiej, chodzi o wycofanie się z największych konfliktów wiążących ręce rządowi za granicą, takich jak spór o praworządność z Komisją Europejską oraz o IPN ze Stanami Zjednoczonymi i z Izraelem. W tej ostatniej istotna jest opinia prokuratora generalnego dla Trybunału Konstytucyjnego. Zbigniew Ziobro kwestionuje w niej konstytucyjność przepisów pozwalających ścigać obywateli obcych państw poza granicami Polski. Choć nie wiadomo, kiedy TK rozstrzygnie wniosek prezydenta Andrzeja Dudy, opinia Ziobry ma uspokoić największe obawy w Izraelu i USA dotyczące ścigania ocalonych czy ich rodzin za stwierdzenia dotyczące zachowań Polaków podczas okupacji niemieckiej.

Jeszcze ważniejsze są gesty pod adresem Komisji Europejskiej, czyli propozycje korekt w ustawach o Sądzie Najwyższym i ustroju sądów powszechnych. Rozmowy na ten temat trwały od kilku tygodni, a przymiarki do zmian były szykowane w głębokiej tajemnicy po to, by dać Komisji argument do zamknięcia sporu w sprawie praworządności i wycofania wniosku z Rady UE w tej kwestii. – Dostajemy sygnały z państw członkowskich, że ten krok jest odbierany pozytywnie. Komisja może być bardziej chętna do wycofania wniosku – mówi osoba znająca przebieg rozmów.

Jak wynika z naszych informacji, w tym tygodniu odbędą się rozmowy z Komisją na temat jej oceny proponowanych zmian. Od nich będzie zależało, czy możliwe będą jeszcze jakieś korekty. Premier Mateusz Morawiecki poinformował o nowych projektach szefa KE tuż po ich złożeniu w Sejmie. Do rozmowy doszło w czwartek na marginesie unijnego szczytu. Szef polskiego rządu mówił potem, że „mądre i kompromisowe” podejście przewodniczącego Jeana-Claude’a Junckera może się przydać w dalszych rozmowach. Morawiecki stwierdził też, że zależało mu, by najważniejsze elementy reformy nie zostały naruszone. Jednocześnie w jego ocenie zaproponowane zmiany pozwalają drugiej stronie „powiedzieć, że z Polską można się dogadać”.

>>> Polecamy: Państwa swój wizerunek budują latami, a tracą w kilka sekund

Z najwyższą sympatią

Juncker mówił z kolei, że przyjmuje polskie propozycje „z najwyższą sympatią”. Rozmówcy w KE również nie kryją zadowolenia. Jeden z nich zwraca uwagę, że o możliwościach ustępstw rozmawiano z Warszawą już wcześniej. Podnoszona była kwestia wieku emerytalnego sędziów i opublikowania zaległych wyroków TK. Nie wiedziano jednak, kiedy się tego spodziewać, a fakt, że nastąpiło to dwa dni po wysłaniu odpowiedzi na unijne zalecenia, w której je de facto odrzucono, jest zaskakujący.

W KE trwa teraz analiza zmian zapowiedzianych przez Polskę. Nie wiadomo, czy zostaną one uznane za wystarczające, by KE wycofała swój wniosek o uruchomienie art. 7. Z Brukseli płyną jednak sygnały, że obie strony mogą teraz grać na spowolnienie całej sprawy. – Będą trwały rozmowy, Komisja będzie się konsultować z krajami członkowskimi w Radzie UE. I tak do przyszłorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego. A w kolejnej kadencji nie będzie ani Junckera, ani jego zastępcy Fransa Timmermansa, który naciska w tej kwestii – słyszymy.

Ofensywa legislacyjna

Na gruncie prawnym ofensywa legislacyjna posłów PiS de facto niewiele zmieni. Projekt dotyczący TK zakłada bowiem opublikowanie trzech wyroków z 2016 r. odnoszących się do przepisów, które zostały już usunięte z porządku prawnego. W najważniejszym z nich stwierdzono, że regulacje, które pozwoliły wybrać obozowi rządzącemu trzech nadprogramowych sędziów TK, są niezgodne z ustawą zasadniczą. PiS zignorował ten wyrok, dzięki czemu obsadził wybranymi przez siebie sędziami nie dwa miejsca w trybunale, ale aż pięć. Większość konstytucjonalistów nazywa tych trzech dodatkowych sędziów dublerami i uważa, że nie mają legitymacji do orzekania.

– Publikacja wyroków będzie jednak jednoznacznym potwierdzeniem faktu, że partia rządząca złamała prawo. I żaden komentarz zamieszczony przy opublikowanym wyroku tego nie zmieni – kwituje dr Ryszard Balicki z Uniwersytetu Wrocławskiego. Projekt przewiduje, że wyroki zostaną opublikowane z adnotacją, że odnoszą się do przepisów już nieobowiązujących. Po ogłoszeniu planów dotyczących orzeczeń TK pojawiły się również domysły, że partia rządząca może pójść krok dalej i zgodzi się na zaprzysiężenie trzech sędziów, którzy zostali wybrani prawidłowo – według nieopublikowanego dotąd wyroku TK – przez większość PO–PSL, a od których prezydent nie odebrał ślubowania.

– Wydaje mi się to nierealne. W ten sposób rządzący przyznaliby, że w TK orzekają osoby, które nie mają prawa tam być. I pojawiłby się problem, co zrobić z orzeczeniami, w których wydaniu brali oni udział – przypuszcza dr Balicki. Jego zdaniem wariant sukcesywnego włączenia sędziów niezaprzysiężonych w skład był możliwy, dopóki sędziowie dublerzy nie zaczęli brać udziału w wydawaniu orzeczeń. Teraz jednak sprawy zaszły zbyt daleko.

Pozorna wolta

Również drugiego z zaproponowanych projektów nie można uznać za przełomowy. Przewiduje on m.in., że do procedury odwoływania prezesów i wiceprezesów włączone zostaną kolegia sądowe. Jeśli kolegium nie wyrazi zgody, minister będzie mógł jeszcze spróbować uzyskać takową u Krajowej Rady Sądownictwa. Projektodawcy najwyraźniej chcą wywołać wrażenie, że władza ministra sprawiedliwości nad prezesami nie będzie nieograniczona.

– Problem polega jednak na tym, że już obecnie minister nie ma w tej kwestii zupełnej swobody. Przecież obowiązujące przepisy uzależniają odwołanie prezesa od decyzji KRS – zauważa Jacek Ignaczewski, sędzia Sądu Rejonowego w Olsztynie. Inna kwestia jest taka, że w skład obecnej KRS od początku marca wchodzą sędziowie wskazani przez obecny Sejm, a większość z nich ma czytelne powiązania właśnie z ministrem sprawiedliwości. – Ta pozorna wolta ze strony rządzących jest dowodem na to, że do KRS trafili odpowiedni ich zdaniem ludzie. Pokazuje również, że w całej reformie chodziło tylko o wymianę kadr – kwituje Ignaczewski.

W projekcie proponuje się również, aby część uprawnień względem sądownictwa, które do tej pory były w ręku ministra, przeszła na prezydenta. Chodzi m.in. o nominowanie asesorów czy wyrażanie zgody na dalsze orzekanie po osiągnięciu przez sędziego wieku, w którym przechodzi w stan spoczynku. – Nadal jednak będzie to robił przedstawiciel władzy wykonawczej. Nie można więc mówić o jakiejś zasadniczej zmianie – stwierdza olsztyński sędzia. Projekt zakłada również wprowadzenie jednego wieku, w którym sędziowie niezależnie od płci będą przechodzili w stan spoczynku. Ma on wynosić 65 lat.

>>> Czytaj też: 42 proc. Polaków uważa, że sprawy w kraju idą źle