Naruszenie przez Macrona swoistego tabu, jakim było dotychczas stosowanie tortur podczas wojny w Algierii, spotkało się także z pozytywną reakcją wśród większości polityków we Francji.

Prezydent, "w imieniu Republiki Francuskiej" przyznał, że dwudziestopięcioletni Audin "był torturowany, a następnie stracony lub zamęczony na śmierć" i że pozwolił na to "system, którego rozwój umożliwiły kolejne rządy". Macron udał się w czwartek do podparyskiego mieszkania wdowy po Audinie i poprosił ją o "wybaczenie".

Posądzany o udzielanie pomocy algierskiemu Frontowi Wyzwolenia Narodowego (FLN) Audin, asystent na wydziale matematyki Uniwersytetu Algierskiego i ojciec trojga dzieci, został prawdopodobnie zatrzymany w czerwcu 1957 roku przez francuskich spadochroniarzy, po czym ślad po nim zaginął.

Według obserwatorów pamięć o wojnie w Algierii, która doprowadziła do niepodległości tego zamorskiego departamentu Francji, który administracyjnie nie był kolonią, wciąż jest dla wielu Francuzów "niezabliźnioną raną".

Choć Macron jest pierwszym oficjalnym przedstawicielem państwa, który przyznaje, że podczas wojny w Algierii stosowano tortury, to fakt ten od wielu lat jest bezsporny. Swą decyzję szef francuskiego państwa tłumaczył koniecznością poznania prawdy historycznej, aby doprowadzić do "uspokojenia i trzeźwości spojrzenia, zarówno we Francji, jak i w Algierii".

Większość polityków francuskich uznała gest prezydenta za słuszny, gdyż - jak sformułował to przewodniczący senackiego klubu centroprawicowej partii Republikanie Bruno Retailleau - "nigdy nie wolno obawiać się prawdy". Wskazał jednocześnie, że "nie należy w nieskończoność bić się w piersi, co często bywa narodowym sportem francuskim".

Florian Philippot, szef niewielkiej partii Patrioci, a do niedawna prawa ręka Marine Le Pen we Froncie Narodowym (obecnie Zjednoczenie Narodowe), podkreślił, że "prawda zawsze jest konieczna", ale zaprotestował przeciwko "instrumentalizacji historii". Wskazał, że powinna od niej odejść "przede wszystkim Algieria", żeby "wyjść z kultury resentymentu" i "przestać wszystko zwalać na kolonizację".

Lewica, a przede wszystkim komuniści, obiema rękami przyklasnęła prezydentowi. Z kolei szefowa Zjednoczenia Narodowego stwierdziła, że Macron, "myśląc, że przypodoba się komunistom, popełnia czyn dzielący (naród)".

Dziennik "Le Monde" określa postępowanie prezydenta jako "gest historyczny". Komentatorka gazety Francoise Fressoz porównała decyzję Macrona z wystąpieniem jego poprzednika Jacques’a Chiraca, który przyznał w 1995 r., że Francja ponosi odpowiedzialność za przeprowadzoną w 1942 r. rękami francuskiej policji łapankę Vel' d'Hiv - wielką paryską łapankę na Żydów, wywiezionych następnie do obozów śmierci.

Dziennikarka przyznaje, że to, co działo się podczas wojny w Algierii, nie można porównać z ogromem zbrodni popełnionej na Żydach. Podkreśla jednak, że Chirac, który był zbyt młody, by uczestniczyć w II wojnie światowej, uznał, że 53 lata po wydarzeniach "kraj dojrzał do położeniu kresu fikcji, jakoby Republika nie była odpowiedzialna za akty popełnione przez kolaboracyjny rząd Vichy".

Według komentatorki 61 lat po porwaniu Audina "Emmanuel Macron podejmuje to samo wyzwanie wobec wojny w Algierii". Obecnego prezydenta nie było wtedy na świecie, co pozwala mu dziś na powrót do tych spraw.

Według "Le Figaro" Macron, który w roku 2016 radził młodym Algierczykom, by zamiast roztrząsać winy kolonizacji, "patrzyli w przyszłość", powinien zastosować się do tej rady.

Historyk Fabrice d’Almeida przypomniał, że "porwanie Audina wydarzyło się podczas "bitwy o Algier", kiedy FLN, który "nie stronił od tortur", przeprowadzał mordercze zamachy, "nie przeciwko winnym czegokolwiek, czy przeciw wojskowym", ale "tylko po to, by zabijać, wszystko jedno kogo, Francuzów, Algierczyków, kobiety czy dzieci". Historyk podkreślał, że z drugiej strony "tortury stosowano nie tylko dla uzyskania informacji, ale jako broń psychologiczną", mającą odstraszyć od współpracy z walczącymi o niepodległość.

D’Almeida zauważył, że Macron za zbrodnię nie obwinił Francji, ale "system, który na nie pozwolił", co historyk uznał za "politycznie zręczny" wybieg. Po czym dodał, że "Algieria nie zaczęła nawet rozliczeń z historią, a algierscy generałowie, którzy rządzą tym krajem, śmieją się w kułak, kiedy wspomina się im o konieczności prawdy".