Wolny rynek to konkurencja, a ona w przypadku prądu nie istnieje. Co z tego, że można wybrać sprzedawcę prądu, skoro w praktyce jest to prawie niemożliwe. Co z tego, że można porównać ceny, skoro rozszyfrowanie rachunków za prąd to zadanie dla kryptologów. Konkurencja polega na tym, że klient wybiera towar do swoich potrzeb. W przypadku prądu takiej możliwości nie ma.

Na nie mniej skomplikowanym rynku telekomunikacyjnym dało się rozwiązać ten problem. Wiadomo, jak porównać taryfy, ile kosztuje rozmowa, a zmiana operatora to formalność. Czy z tej energetycznej gry pozorów można znaleźć wyjście? Wystarczy, żeby instytucja pilnująca porządku na tym rynku, czyli Urząd Regulacji Energetyki, wzięła pod lupę rachunki, zmusiła sprzedawców do większej elastyczności. Nie będzie to łatwe, ale warto spróbować. Z nie mniej oporną materią miała do czynienia prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Walka trwała lata, ale opłaciło się: klienci są zadowoleni, a operatorzy telekomunikacyjni narzekają mniej.