„Europa ma zatracić tradycyjne chrześcijańskie korzenie i stać się konglomeratem różnych wartości, religii, tradycji” – ostrzegał 14 grudnia 2002 r. wydawany przez Antoniego Macierewicza tygodnik „Głos”. Wraz ze zbliżaniem się referendum akcesyjnego coraz aktywniejsze stawały się środowiska starające się przekonać Polaków, aby głosowali przeciw przystąpieniu do Unii.

„Pytanie referendalne, na które będziemy odpowiadać (…), w istocie brzmi: «Czy jesteś za utratą przez Polskę niepodległości i włączeniem jej do UE?»” – alarmował 23 maja 2003 r. powstały z inicjatywy o. Tadeusza Rydzyka „Nasz Dziennik”. Nieco wcześniej wydawany przez środowiska narodowe tygodnik „Nasza Polska”, do którego czołowych autorów należeli Stanisław Michalkiewicz i Wojciech Reszczyński, ostrzegał: „Dla Polski oznacza to nie tylko utratę własnej, tak niedawno odzyskanej (…) suwerenności i niepodległości, również czekają nas początkowo zacieranie, a następnie utrata tożsamości narodowej”.

Narodziny eurosceptycyzmu

Reklama

Kiedy 16 grudnia 1991 r. umowę stowarzyszeniową z Unią podpisywał w Brukseli wicepremier Leszek Balcerowicz, czynił to jako przedstawiciel gabinetu liberała Jana Krzysztofa Bieleckiego, choć ten podał swój rząd do dymisji dwa tygodnie wcześniej. Wkrótce zastąpił go, formowany przez część partii postsolidarnościowych, rząd Jana Olszewskiego. Nowy premier podążył tą samą ścieżką, choć nie zdążył ze złożeniem wnios ku akcesyjnego do UE. Również nie udało się to gabinetowi Hanny Suchockiej. Dopiero sformowany po kolejnych wyborach rząd Waldemara Pawlaka dokończył te starania; zrobili to postkomuniści z SLD i dopiero przypominający sobie o stuletniej tradycji ruchu ludowego PSL.

W owym czasie scenę polityczną dzieliły liczne konflikty. Obóz postsolidarnościowy rozpadł się w wyniku wojny na górze, postkomuniści odzyskali władzę, ale nie czuli się z tym zbyt pewnie. Ze wszystkimi skonfliktował się Lech Wałęsa, usiłujący – mocno przy tym naginając prawo – poszerzyć zakres władzy prezydenta. W tym ogólnym rozgardiaszu jedyne, co nie dzieliło polityków, to chęć stania się Zachodem. Badania CBOS-u potwierdzały, iż podobnie podchodziła do sprawy przytłaczająca większość Polaków. Pierwszy „unijny” sondaż, którego wyniki ogłoszono na początku czerwca 1994 r., pokazał, że 77 proc. pytanych pragnęłaby dla Polski członkostwa w UE. Reszta nie miała w tej sprawie wyrobionego zdania. Apogeum poparcie dla akcesji osiągnęło w maju 1996 r.: wówczas aż 80 proc. zapytanych przez CBOS osób stwierdziło, iż popiera przystąpienie III RP do Unii.

Wejście do UE oznacza, że nasz biedny kraj będzie nadal biedny. Wiemy (...), że nie będzie żadnych poważnych funduszy, które miałyby być w Polsce inwestowane przez Unię – mówił w 2002 r. lider LPR Roman Giertych

A potem trend nagle zaczął się odwracać. „I co działo się od maja 1996 r. do marca 2003 r.? W badaniach opinii publicznej rejestrowano spadek poparcia dla procesu integracji, a następnie jego stabilizację na poziomie deklarowanego poparcia: ok. 55 proc.” – opisuje w opracowaniu „Stosunek Polaków do Unii Europejskiej przed i po referendum unijnym” Teresa Sasińska-Klas. „Natomiast od marca 1997 r. wyniki badań wskazywały na narastanie oporu społecznego związanego z procesem integracji europejskiej (z 12 proc. w marcu 1997 r. do poziomu 30 proc. we wrześniu 2000 r.), a następnie jego stabilizację na poziomie mniej więcej od 23 do 29 proc. w różnych okresach” – dodaje.

W opracowaniu „Między polityką kreowania a asertywnością. Polskie debaty o Europie…” Ireneusz Paweł Karolewski i Thomas Mehlhausen oceniają, że nagłe i bardzo mocne osłabienie poparcia dla wstąpienia Polski do Unii miało racjonalne podstawy. „Jako państwo kandydujące, Polska musiała bezkompromisowo przyjąć wszystkie przepisy UE (acquis communautaire), bez możliwości wpływu na nie. Ale im bardziej konkretne stawały się negocjacje, tym bardziej widoczne stawały się także potencjalne koszty wstąpienia do UE” – zauważają Karolewski i Mehlhausen. Z tego powodu narastały obawy przed tym, co przyniesie akcesja. „Spowodowało to, że w 2001 r. do Sejmu weszły po raz pierwszy eurosceptyczne partie polityczne, a dotychczasowy konsensus polityczny w sprawie «braku alternatywy» dla członkostwa w UE załamał się” – podkreślają autorzy.

Wspólnota na dziejowym zakręcie

– Włączenie Polski do Unii w obecnym jej kształcie byłoby dla Polski zabójcze. Tę prawdę wyraża duża część środowisk politycznych, społecznych, gospodarczych, wielka liczba obywateli. I trzeba to wreszcie wyraźnie powiedzieć z trybuny sejmowej – perorował 19 marca 1998 r. poseł AWS Jan Łopuszański. – We współczesnej Unii dominują zorganizowane siły antychrześcijańskie, ich wielopłaszczyznowa dominacja konsekwentnie narasta. Padło tutaj zdanie, że dobrze wynegocjowane członkostwo w Unii Europejskiej otworzy przed Polską unikalną szansę. To niestety także nie jest prawda – twierdził.

W tym czasie tworzony przez AWS oraz UW rząd Jerzego Buzka dopinał kolejne rozdziały umowy akcesyjnej. Protestując przeciwko temu, kilku posłów ZChN, w tym Łopuszański, opuściło szeregi Akcji Wyborczej Solidarność, by założyć eurosceptyczne koło poselskie Porozumienie Polskie. Jako alternatywę dla UE postulowało: „Program rozwijający polską wytwórczość przemysłową, rolną, polski handel, polską gospodarkę morską. Program pozwalający państwu, a w szczególności rządowi na stosowanie szerokiej polityki inwestycyjnej i zróżnicowanych mechanizmów interwencyjnych”.

Rozpoczynając akcesję do Unii, należało pogodzić się z faktem, że przystępuje się do ponadnarodowej struktury, która ewoluuje – między traktatem z Maastricht z 1992 r. a tym z Nicei z 2001 r., zaszły we Wspólnocie olbrzymie zmiany. Zapadła decyzja, że jej członkowie wprowadzą wspólną walutę (można to w nieskończoność odwlekać), poszczególne państwa musiały coraz większą część swojej suwerenności scedować na Brukselę, coraz otwarciej mówiono też o przyszłej federalizacji. Niecały rok po Nicei kanclerz Gerhard Schröder i prezydent Jacques Chirac wezwali nawet do uchwalenia konstytucji UE. A wniosek ten zatwierdzono na posiedzeniu Rady Europejskiej. Jego szybka realizacja oznaczałby, że nowi członkowie z Europy Środkowej wejdą z miejsca do struktur przypominających państwo federalne. Głębsza integracja miała ułatwić realizację strategii stawienia czoła politycznej oraz ekonomicznej dominacji Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie Berlin i Paryż upatrywały w niej sposób na okiełznanie indywidualnych ambicji poszczególnych krajów Wspólnoty. A zwłaszcza utrzymanie w ryzach nowych jej członków (projekt Traktatu konstytucyjnego UE doprowadzono do finału 29 października 2004 r. Mało kto przypuszczał wówczas, iż wkrótce przepadnie za sprawą odrzucenia go w referendach przez obywateli Francji i Holandii).

Dokonujące się w UE przemiany wywierały wpływ na Polaków. „Eksperci austriaccy i szwedzcy już w listopadzie 1999 r. przestrzegali – na konferencji w Warszawie (…) – polskich polityków i przyszłych negocjatorów o konieczności podjęcia wcześniejszej, a zarazem rozłożonej w czasie i starannie przygotowanej kampanii informacyjnej” – przypomina Sasińska-Klas. „Jednakże te przestrogi i rady nie doprowadziły (…) do zauważalnych rezultatów, a kampania informacyjna – będąca istotną częścią składową strategii informacyjnej, na co wskazują badania opinii publicznej dotyczące poinformowania obywateli o Unii Europejskiej – nie spełniała zamierzonych oczekiwań” – dodaje.

Dominowały w niej proste hasła mówiące o korzyściach finansowych, jakie przyniesie Polsce akcesja do UE oraz o „powrocie do Europy” i odzyskaniu w niej przez Polskę „należnego miejsca”. To okraszano narodową symboliką oraz hasłami odwołującymi się do niepodległości, wolności i demokracji. Co ciekawe, środowiska eurosceptyków posługiwały się dokładnie tą samą symboliką. Acz strasząc, iż to, czego ona dotyczy, zostanie raz na zawsze utracone.

Kumulacja lęków

W wyborach parlamentarnych w 2001 r. sromotną klęskę poniosły AWS oraz UW, a władzę odzyskały SLD i PSL. Do Sejmu weszła mocno eurosceptyczna Samoobrona i wroga Unii Liga Polskich Rodzin. Jej nieformalny lider Roman Giertych (prezesem LPR był kompromisowy kandydat wszystkich frakcji Marek Kotlinowski) w przemówieniu wygłoszonym z sejmowej mównicy 10 stycznia 2002 r. ostrzegał: – Wejście do Unii Europejskiej oznacza, że nasz biedny kraj będzie nadal biedny. Wiemy przecież dzisiaj – co wynika z warunków negocjacyjnych, które zostały Polsce zaproponowane – że nie będzie żadnych poważnych funduszy, która miałyby być w Polsce inwestowane przez Unię Europejską. (…) Proszę państwa, jeżeli w narzeczeństwie źle się dzieje, to nie powinno dojść do małżeństwa.

Podkreślał, że czyha na Polskę olbrzymi deficyt w wymianie handlowej z krajami UE, wynoszący „10 mld dol. rocznie”, i oraz wyprzedaż majątku narodowego. – Już dzisiaj mówi się o tym, że po trzech latach od wejścia Polski do UE, obywatele Unii Europejskiej będą mogli nabywać na własność ziemię. Wiemy, że do takiego wykupu szykują się już obywatele niemieccy; w Niemczech ziemia jest kilkadziesiąt razy droższa niż w Polsce, w związku z czym wielu chętnych znajdzie się na ziemię rolniczą i leśną – podkreślał Giertych. Dodając jeszcze ekspansję zachodnich supermarketów, a co za tym idzie – upadek polskich rodzinnych sklepów. – Mówicie o przepływie technologii. Ale przecież żeby zakupić technologie, trzeba mieć kapitał, a my kapitału mieć nie będziemy, bo cały kapitał będzie na zachodzie Europy – dodawał. Na koniec tej czarnej wizji, zwiastującej upadek III RP, Giertych zaznaczył: – I nie łudźmy się, że teraz Niemcy czy Francuzi, czy Włosi cokolwiek nam dopłacą do rolnictwa, cokolwiek nam dopłacą do naszych dróg, cokolwiek nam dadzą za darmo. Dadzą nam pieniądze w zamian za ziemię, dadzą nam pieniądze w zamian za naszą niepodległość, w zamian za naszą wolność.

Lęki wyrażane przez LPR podzielało 20–30 proc. wyborców. Mówił o nich raport CBOS z lutego 2002 pt. „Argumenty zwolenników i przeciwników integracji Polski z UE”. Wedle ówczesnych badań 20 proc. Polaków bardzo bało się, że nasze państwo jest zupełnie niegotowe, by wejść do struktur unijnych, zatem taka decyzja będzie oznaczać straty. Identyczny procent zapytanych czuł strach przed utratą suwerenności i zniewoleniem przez Niemców oraz wykupieniem polskiej własności i ziemi przez obcy kapitał. Nieco mniej, 12 proc., było przekonanych, iż Polska na zawsze pozostanie w Unii krajem drugiej kategorii.

Lęki nasiliły się pod koniec stycznia 2002, gdy KE zaprezentowała stanowisko negocjacyjne w kwestii rolnictwa. Bruksela oferowała państwom starającym się o członkostwo w UE dopłaty w wysokości 25 proc. tego, co otrzymują rolnicy „starej” Unii. Następnie przez 10 lat zamierzano stopniowo podnosić kwotę dopłat aż do zatarcia różnicy. „Propozycja ta spotkała się w Polsce z niezwykle żywą reakcją wyrażającą się w ostrej krytyce (…). Można zatem wnioskować, że rejestrowany spadek społecznego poparcia Polaków dla procesu integracji wiąże się bezpośrednio z przedstawioną przez KE propozycją negocjacyjną” – zauważa Teresa Sasińska-Klas.

Solidarni z papieżem

„W świetle badań CBOS przeprowadzonych w dniach 1–4 marca 2003 r., a więc na trzy miesiące przed planowanym referendum dotyczącym wejścia Polski do Unii Europejskiej, (…) za przystąpieniem Polski do UE głosowałoby 58 proc.” – opisuje w opracowaniu „Pięć lat Polski w Unii Europejskiej jako przedmiot debaty publicznej” Marek Ziółkowski.

Obawy przed wejściem do Unii, podsycane podczas kampanii referendalnej przez eurosceptyków, padały zatem na coraz podatniejszy grunt. Spadek poparcia o ok. 22 proc. stanowi tego najlepsze świadectwo. Nie zapobiegała mu solidarna postawa przywódców głównych sił politycznych. Gorącymi orędownika akcesji byli prezydent Aleksander Kwaśniewski oraz premier Leszek Miller; również prezes koalicyjnego PSL Jarosław Kalinowski, mimo zapowiadanego ograniczenia dopłat dla rolników, nie zmienił postawy na bardziej eurosceptyczną. Za głosowaniem w referendum na „tak” opowiadały się dwie partie opozycyjne z obozu postsolidarnościowego: Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość, choć Donald Tusk i Jarosław Kaczyński o wiele mocniej niż przywódcy SLD akcentowali kwestię obrony interesu narodowego Polski w Unii.

„Zadaniem państwa jest ochrona narodu, która nie może być oddelegowana do organizacji ponadnarodowej” – mówił Kaczyński w 2003 r. podczas konwencji konstytucyjnej PiS, wskazując, że w Unii Polska będzie „państwem walczącym o pozycję narodu w Europie i świecie i stale zabiegającym o jej umocnienie”. Co nie oznaczało jednak sprzeciwu prezesa wobec oddania części suwerenności instytucjom Wspólnoty. W Platformie właściwie identyczne stanowisko zajmował jeden z jej ówczesnych liderów Jan Maria Rokita, późniejszy autor hasła „Nicea albo śmierć”, symbolizującego sprzeciw wobec Traktatu konstytucyjnego UE. Zaś Donald Tusk wyrażał opinie niewiele łagodniejsze.

Jednak mimo tego, że polityczni liderzy przeciwni wejściu Polski do Unii stanowili mniejszość, zapanowały obawy, iż na samym finiszu lęki przeważą. A wówczas Polacy nie poprą akcesji. W tym momencie jednym z decydujących czynników okazał się autorytet, którym cieszył się w społeczeństwie Jan Paweł II.

LPR i inne stronnictwa, podsycające nastroje eurosceptyczne, eksponowały swój katolicyzm i przywiązanie do nauki Kościoła na równi z patriotyzmem i konserwatyzmem. Tymczasem papież pod koniec pontyfikatu postanowił zachować się tak jak na samym jego początku, gdy w homilię wygłoszoną 22 października 1978 r. wplótł słowa „Nie lękajcie się”. I w dniu 83. urodzin, 18 maja 2003 r., postanowił się odwołać do tych samych emocji Polaków. Okazję ku temu dawała uroczysta kanonizacja Józefa Sebastiana Pelczara i Urszuli Ledóchowskiej. Na koniec homilii, wygłaszanej do wiernych na pl. św. Piotra (w tłumie dominowali Polacy) Jan Paweł II oznajmił: „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej! To jest wielki skrót, ale bardzo wiele się w tym skrócie mieści wielorakiej treści. Polska potrzebuje Europy”. Po czym zaczął rozwijać myśl o tym, że patronką zjednoczonej Europy powinna zostać św. Jadwiga, a Polska tchnąć w Stary Kontynent chrześcijańskiego ducha.

Tym pociągnięciem papież kolejny raz udowodnił, że jest skutecznym politykiem. Trzy tygodnie przed referendum akcesyjnym odciął paliwo stronnictwom eurosceptycznym. Żadne nie ośmieliło się zaatakować Jana Pawła II. Od tego momentu kluczowym zagrożeniem okazał się nie strach przed wielką polityczną zmianą, lecz obojętność. Po 1989 r. przy urnach wyborczych zjawiała się zazwyczaj połowa uprawnionych do głosowania. Tymczasem zgodnie z konstytucją – aby wynik referendum był wiążący, musi w nim wziąć udział ponad połowa uprawnionych. Dlatego też zawczasu wszystkie euroentuzjastycznie nastawione partie zdecydowały, że plebiscyt akcesyjny potrwa cały weekend: 7 i 8 czerwca 2003 r. Pogoda wówczas dopisywała i z każdą godziną napięcie rosło. Aż wieczorem pierwszego dnia PKW ogłosiła, że do urn pofatygowało się jedynie 17,61 proc. uprawnionych. „W zestawieniu z dwudniowymi referendami na Litwie (ponad 23 proc.) i na Słowacji (ok. 25 proc.) rezultat ten mógł budzić poważne obawy. W obu tych krajach władze pod wpływem informacji o niskiej frekwencji pierwszego dnia zdecydowały się na przerwanie ciszy wyborczej i na wezwanie rodaków do aktywniejszego udziału w referendum. Możliwość zastosowania podobnego rozwiązania w Polsce została odrzucona przez prezydenta i premiera” – opisuje Andrzej K. Piasecki w opracowaniu „Referendum akcesyjne z 2003 r. Próba bilansu”.

Teraz to nie obywatele, lecz rządzący znaleźli się na skraju paniki. Prywatnymi kanałami wędrowały do mediów i kurii gorące prośby o jakieś gesty, by zachęcić ludzi do głosowania. Nasiliło się to w niedzielę po godz. 13, gdy PKW poinformowała, że oddało głos jedynie 34 proc. uprawnionych. Zatem przeróżnych sugestii, skierowanych do ludzi, aby jednak wzięli udział w referendum przybywało. „Prezenter prowadzący popularny program informacyjny «Teleexpress» (emisja w godz. 17.00–17.15) na zakończenie zerknął wymownie na zegarek i powiedział: «My tu gadu-gadu, a wróble ćwierkają, że brakuje jeszcze kilku procent. Idę głosować»” – relacjonuje Andrzej K. Piasecki. „Dopiero ostatnie kilkadziesiąt minut głosowania rozstrzygnęło o ważności referendum. Tuż przed godz. 20 wszystkie sondaże wskazywały, że próg 50 proc. został przekroczony” – dodaje.

Ostatecznie przy frekwencji wynoszącej 58,85 proc. 13,5 mln Polaków zagłosowało za akcesją do Unii Europejskiej (77,45 proc). Na „nie” było 3,9 mln (22,55 proc.). Natomiast jeśli mówić o dominujących emocjach, to wyglądało na to, że od radości oraz lęku silniejsze okazało się powszechne odczucie ulgi. ©Ⓟ

Tekst z pochodzi z Magazynu na Majówkę Dziennika Gazety Prawnej. Zapraszamy do czytania. Magazyn jest dostępnyTUTAJ.