Chiny i Niemcy bardzo różnią się od siebie. Mają jednak charakterystyczne cechy wspólne: są dużymi eksporterami produktów przemysłowych, mają nadwyżkę oszczędności nad inwestycjami i gigantyczne nadwyżki handlowe.

Oba wierzą, że ich klienci powinni dalej kupować, ale zerwać z zadłużaniem się. Ponieważ ich nadwyżki wiążą się z cudzymi deficytami, to stanowisko jest niespójne. Kraje z nadwyżkami muszą finansować te, które mają deficyty. Jeżeli nagromadzenie długu staje się zbyt duże, dłużnik upadnie. Jeżeli tak się stanie, „oszczędności” krajów z nadwyżkami okażą się iluzoryczne. Czy otwarta globalna gospodarka przetrwa ten kryzys? Strefa euro także może być zagrożona. Interwencje premiera Chin Wen Jiabao i niemieckiego ministra finansów Wolfganga Schaeublego doskonale ilustrują to niebezpieczeństwo.

Niemcy szukają wyjścia

Trzy wnioski można wyciągnąć z oświadczenia przedstawionego przez najpotężniejszy kraj Europy: po pierwsze będzie to miało przygniatający wpływ deflacyjny, po drugie jest niewykonalne, po trzecie może utorować Niemcom drogę do wyjścia ze strefy euro. Jeżeli Niemcy dostaną to, czego chcą, druga pod względem wielkości gospodarka świata odegra negatywną rolę w poszukiwaniu drogi wyjścia z globalnego załamania się zagregowanego popytu. Strefa euro nie będzie eksportowała popytu, którego świat potrzebuje. Zamiast tego będzie eksportowała nadwyżkę podaży.

Wyobraźmy sobie, że słabsze kraje strefy euro zostałyby zmuszone do obniżenia swoich deficytów fiskalnych. To osłabiłoby gospodarkę strefy euro. Rezultatem byłoby pogorszenie sytuacji fiskalnej w Niemczech i we Francji. W końcu OECD już przewiduje, że deficyt wydatków rządowych we Francji zbliży się w tym roku do 9 proc. PKB. Czy Schaeuble wyobraża sobie, że Francja mogłaby zostać ukarana? Nie. A przecież to nie greckie finanse publiczne zagrażają stabilności strefy euro. Zagrożeniem są finanse publiczne w dużych krajach. Ponieważ Niemcy nie są w stanie zmusić ich, by zachowywały się w odpowiedni sposób, mogą być zmuszone same ją opuścić.

Niemcy znajdują się w rzekomo nierozerwalnej unii walutowej z niektórymi spośród swoich najważniejszych klientów. Teraz chcą, by osłabili oni swoją drogę do prosperity w świecie słabego zagregowanego popytu. Premier Chin ma podobny pomysł. Gospodarką, którą chce namówić do tego, są USA.

Nierealne żądania Chin

Przemawiając na zakończenie sesji Narodowego Kongresu Ludowego, Wen zadeklarował: – To, czego nie rozumiem, to deprecjacja własnej waluty przy jednoczesnym naciskaniu na innych, by dokonali aprecjacji w celu zwiększenia eksportu. Według mnie to protekcjonizm. Wen podkreślił, że obawia się o bezpieczeństwo chińskich inwestycji dolarowych. Co miał na myśli poza powiedzeniem USA, by zostawiły chińską politykę kursową w spokoju? Jeżeli dobrze rozumiem deklarowane przez Chiny stanowisko, chcą one, by USA same pozbawiły się konkurencyjności poprzez fiskalny i monetarny regres i zapewne spadek rodzimych cen. Byłoby to śmiertelne zagrożenie dla USA, ale także dla Chin i reszty świata.

Za tym wszystkim stoi fundamentalny podział. Kraje z nadwyżkami nie przyjmują jednak do wiadomości faktu, że ich uzależnienie od nadwyżek eksportowych odbije się im czkawką, kiedy ich klienci upadną. Jednocześnie kraje, które w przeszłości utrzymywały wielkie deficyty zewnętrzne, mogą ograniczyć deficyty fiskalne jedynie poprzez duży skok eksportu netto. Jeżeli kraje z nadwyżkami nie wezmą na siebie tej zmiany poprzez zwiększenie zagregowanego popytu, świat pogrąży się w zabawie w przerzucanie kosztów na sąsiada: wszyscy będą desperacko starali się wmusić nadwyżki podaży partnerom handlowym.

W tej batalii kraje z nadwyżkami są najmniej prawdopodobnymi zwycięzcami. Chaos w strefie euro byłby zły dla niemieckiego przemysłu. Amerykański zwrot w kierunku protekcjonizmu byłby zły dla Chin. Nie jest jeszcze za późno na poszukanie wspólnego rozwiązania. Zapomnijmy o zadufanym w sobie moralizowaniu. Zamiast tego spróbujmy się odwołać do zdrowego rozsądku.