Nie Apple Computers, tylko Apple Corps, konglomerat, którego najbardziej znaną część działalności stanowiło wydawnictwo muzyczne. Apple’a od muzyki założyli The Beatles i to dużo wcześniej, zanim Steve Jobs zaczął budować komputery w garażu.

Oczywiście, kiedy Apple od komputerów wypłynął na szersze wody, wybuchła awantura o nazwę. Zakończyła się ona ugodą, która oprócz świadczeń pieniężnych zawierała osobliwy punkt: Apple od komputerów gwarantował, że nigdy nie wypuści na rynek produktów związanych z muzyką, zaś Apple od muzyki obiecał, że nie zajmie się produkcją komputerów. Punkt osobliwy, ale wydawał się zupełnie neutralny jak na przełom lat 70. i 80. zeszłego stulecia. „The Beatles dotrzymali swojej części umowy” – pisze Walter Isaacson w niezwykle popularnej biografii Steve’a Jobsa. „Żaden z nich nigdy nie wyprodukował komputera. Apple (technologiczny – M.P.) zawędrował w końcu do przemysłu muzycznego”. No i wybuchła kolejna awantura, tym razem przede wszystkim o sklep iTunes, i trzeba było zawierać kolejną ugodę.

Z krainy The Beatles i Jobsa przenieśmy się nad Wisłę. Mamy tutaj bardzo ciekawy spór, w którym istotną rolę odgrywają Finowie. Chodzi o Rosomaka, czyli transporter opancerzony produkowany w Siemianowicach na licencji fińskiej firmy Patria. Transporter, co tu dużo mówić, świetny, który doskonale sprawdził się chociażby podczas misji w Afganistanie. Polacy chcieliby Rosomaka produkować dalej, Finowie, w dużym skrócie relacjonując, kręcą nosem na kwestię przedłużenia wygasającej wkrótce licencji.

Warto jednak przypomnieć, co się działo dziewięć lat temu, kiedy Polska wybrała produkt Patrii jako podstawowe uzbrojenie swojego wojska. Nie zostawiono na tym pomyśle suchej nitki. Media, eksperci narzekali, że będziemy produkować pojazd całkowicie niesprawdzony, prototypowy, mało znanej firmy, który nie przeszedł – już chyba nikt nie pamięta, jakich – testów. A tu proszę, co za hit! Szkoda tylko, że umowa z Finami została skonstruowana tak dziwacznie, że rosomaki, którymi zaczął się interesować świat, możemy eksportować wyłącznie do takich krajów, jak Angola czy Jemen...

Cóż wynika z tych dwóch historii? Przyznam, że niespecjalnie dziwi mnie brak wyobraźni u naszych decydentów, którzy nie potrafili się zorientować, że mają w ręku coś naprawdę dobrego, dzięki czemu polski przemysł obronny ma szansę wypłynąć na szersze wody. Ale Jobs, wizjoner? Czy naprawdę tak trudno było przewidzieć, że za parę lat komputery będą miały coś wspólnego z muzyką? Przecież możliwość odtwarzania plików muzycznych pojawiła się na macach już w 1991 r. Być może Jobsowi w tym akurat względzie zabrakło intuicji. Tylko że z tą biznesową intuicją sprawa staje się coraz bardziej skomplikowana. Przedsięwzięcia, które udadzą się „na pewno”, wydają się coraz rzadsze. Nawiasem mówiąc, jednym z nich są franczyzy McDonalda. Naprawdę, one z reguły się udają.

Ale poza McDonaldem i pewnie paroma innymi pokrewnymi interesami żyjemy w epoce wielkiego biznesowego eksperymentu. Eksperymentu czy eksperymentów, które także dzięki wsparciu nowych technologii przeprowadzane są w coraz szybszym tempie. Przedsięwzięcie nieudane jest błyskawicznie zastępowane przez kolejne, które stwarza jakąś szansę na sukces. Czy ktoś dzisiaj pamięta o takiej, potężnej jeszcze przed paroma laty firmie, jak Palm? O Nokii już nie wspomnę, ale jeszcze kilka lat temu technologiczną gwiazdą był kanadyjski koncern RiM, producent komunikatorów BlackBerry. Gdzie jest teraz? A gigantyczna fuzja Daimlera i Chryslera, która miała wywrócić góry nogami światowy przemysł motoryzacyjny? I co? Daimler świetnie prosperuje samodzielnie, a Chrysler wpadł w objęcia włoskiego fiata. Podobnych przykładów są tysiące.

Owszem, tak było zawsze. Firmy plajtowały, wypuszczały na rynek nietrafione produkty, łączyły się, powstawały nowe. Tylko że nie w takim tempie. Już chyba nie mamy do czynienia na przykład z klasycznym pojęciem innowacyjności biznesu. Innowacyjność – teraz jest to pakowanie na rynek jak największej liczby nowinek. Trochę na oślep, byle szybciej, a nuż się przyjmie. Przy tym wszystkim Steve Jobs miał na swój spór z drugim Apple’em naprawdę duży komfort czasowy, dzisiaj właściwie nie do pojęcia.

A dla nas wszystkich ma to swój wymiar, chociażby świąteczny. Jaki gadżet będziemy chcieli podarować swoim bliskim na przykład za dwa lata? Nie wiadomo, bo jeszcze na pewno nie ma go na rynku.