Rozpoczęta w zeszłym tygodniu, kierowana przez Arabię Saudyjską interwencja wojskowa w Jemenie i kończące się negocjacje światowych mocarstw z Iranem w sprawie programu nuklearnego tego kraju tworzą nowy układ na Bliskim Wschodzie. Jego największym beneficjentem będzie zapewne właśnie Teheran.

Rozmowy nuklearne z Iranem

Dziś mija termin na osiągnięcie ramowego porozumienia w prowadzonych w Lozannie rozmowach grupy 5+1 (pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, czyli USA, Rosja, Wielka Brytania, Francja i Chiny oraz Niemcy) z Iranem. Wprawdzie uczestnicy rozmów jeszcze wczoraj wysyłali sprzeczne sygnały na temat tego, czy uda się osiągnąć kompromis w terminie, ale wydaje się, że nawet gdyby do tego nie doszło, zostanie on przedłużony. Rozwiązanie trwającego od lat sporu wokół irańskiego programu nuklearnego jest zbyt blisko, a oczekiwania są zbyt duże, by tę szansę zaprzepaścić. Iran, mimo iż zrezygnuje z ambicji posiadania broni atomowej i podda się międzynarodowej kontroli, na porozumieniu skorzysta, gdyż w zamian zostaną zniesione zachodnie sankcje nałożone na ten kraj, w tym szczególnie dotkliwe embargo na zakup irańskiej ropy naftowej. To właśnie ono bardzo mocno uderzyło w irańską gospodarkę i skłoniło władze w Teheranie do rozmów z mocarstwami. Co prawda założenia irańskich władz co do terminu zwiększania produkcji i odzyskiwania utraconych rynków są zapewne nazbyt optymistyczne, na dodatek wskutek niższych cen ropy, niż były jeszcze w pierwszej połowie zeszłego roku, dochody ze sprzedaży surowca będą zauważalnie mniejsze. Nie zmienia to faktu, iż zniesienie sankcji – nawet stopniowe – pozwoli irańskiej gospodarce stanąć na nogi. Ale ze zniesienia sankcji korzyść będzie miał też Zachód, bo Iran jest potencjalnym sojusznikiem w walce z Państwem Islamskim.

Amerykanie tracą cierpliwość do Izraela

Perspektywą porozumienia z Iranem zaniepokojony jest Izrael, który kompletnie nie wierzy w dobre intencje Teheranu i który uważa go za śmiertelne zagrożenie. Z tym że postawą Izraela coraz bardziej zniecierpliwiona jest administracja amerykańska. Nie dość, że izraelski premier Benjamin Netanjahu przestrzegał niedawno w Kongresie przed umową z Iranem, to jeszcze po jego wyborczym zwycięstwie zmniejszyły się szanse na rozwiązanie konfliktu z Palestyńczykami. Szef izraelskiego rządu zapowiedział, że dopóki będzie rządził, państwo palestyńskie nie powstanie, tymczasem doprowadzenie do trwałego pokoju między obydwiema stronami było planem Baracka Obamy na zbliżającą się do końca drugą kadencję.

>>> Czytaj też: Cena ropy wystrzeliła w górę. Dlaczego niewielki Jemen trzęsie rynkiem surowców?

Interwencja wojskowa w Jemenie

Choć Jemen jest najbiedniejszym krajem na Półwyspie Arabskim, to, co się w nim dzieje, ma znaczenie globalne. Leży bowiem u wejścia do Morza Czerwonego, przez które przechodzi jedna z głównych tras transportu ropy naftowej. Na dodatek w Jemenie swoje bazy ma Al-Kaida Półwyspu Arabskiego, najgroźniejsza z grup terrorystycznych wywodzących się z organizacji założonej przez Osamę bin Ladena. Arabia Saudyjska wspierana przez osiem innych państw arabskich rozpoczęła w minioną środę interwencję wojskową w Jemenie na prośbę prezydenta tego kraju Abd ar-Raba Mansura al-Hadiego, który uciekł ze stolicy w związku z postępującą rebelią szyickiej milicji Huti. To ugrupowanie kontroluje już większość zachodniej, bardziej zaludnionej części Jemenu, co z punktu widzenia Arabii Saudyjskiej jest bardzo niebezpieczne. Jak się podejrzewa, Huti są wspierani przez Iran, więc przejęcie przez nich władzy oznaczałoby, że największy rywal Rijadu zdobywa w newralgicznym punkcie bardzo ważny przyczółek. Co więcej, chaos w Jemenie próbuje wykorzystać Państwo Islamskie, które chce przejąć wpływy i zwolenników Al-Kaidy Półwyspu Arabskiego, co z punktu widzenia Saudyjczyków też byłoby bardzo groźne. Wreszcie jemeńska operacja została podjęta zaledwie dwa miesiące po tym, jak władze w kraju przejął nowy władca Salman. Z tych trzech powodów Arabia Saudyjska nie może sobie pozwolić na fiasko interwencji, ale gra ona jedynie o to, by nie utracić swoich pozycji. Dla Iranu walki w Jemenie nie mają tak kluczowego znaczenia, a w przeciwieństwie do Rijadu Teheran może tylko zyskać.

Nowe przyczółki Państwa Islamskiego

Tym, co niepokoi zarówno Arabię Saudyjską, jak i Iran – a także wiele innych państw bliskowschodnich oraz Stany Zjednoczone i Unię Europejską – jest zdobywanie kolejnych przyczółków przez Państwo Islamskie. Mimo trwających od kilku miesięcy nalotów kierowanej przez Amerykanów koalicji, samozwańczy kalifat wcale nie słabnie, lecz cały czas zdobywa nowych zwolenników. Jak mówił w wyemitowanym w niedzielę wywiadzie syryjski prezydent Baszar al-Asad, w samej tylko Syrii do Państwa Islamskiego dołącza średnio tysiąc osób miesięcznie. Na dodatek Państwo Islamskie coraz bardziej wychodzi poza swoje pierwotne obszary, czyli Irak i Syrię. Oprócz wspomnianego Jemenu, skąd chce wyprzeć Al-Kaidę Półwyspu Arabskiego, związane z nim grupy wykorzystują chaos panujący w Libii i ustanawiają tam swoje porządki, zaś niedawny zamach w Tunisie pokazał, że Państwo Islamskie ma uśpione komórki także w Tunezji, która uchodzi za najbardziej laickie państwo arabskie i wskazywana jest jako jedyna pozytywna transformacja w efekcie arabskiej wiosny.