Ponad połowa greckiego społeczeństwa oddała głos na "nie" dla realizowania warunków kredytodawców.

Głosowanie nie jest jeszcze w opinii Sebastiana Płóciennika otwarciem do wyjścia Grecji ze strefy euro, ponieważ nie to zagadnienie było przedmiotem referendum. Jak mówi ekspert, ekonomicznie nic się nie stało - kraj dalej jest na krawędzi bankructwa, a długi są nie do spłacenia, mamy do czynienia tylko z konsekwencjami politycznymi. Premier Grecji udowodnił, że społeczeństwo go popiera, wzmocnił też swoją pozycję w Europie.

Obecnie, wierzyciele muszą przeprowadzić kolejną serię spotkań i negocjacji, a także nastawić się na pewne ustępstwa, zwłaszcza, że Tsipras zwolnił ministra finansów, co ma być sygnałem że Grecja coś zmienia, a
teraz kolej na partnerów - uważa analityk.

"Złagodzenie kursu wierzycieli jest jednak bardzo mało prawdopodobne, bo było by to formą zaakceptowania szantażu, bardziej prawdopodobne jest pozostawienie Grecji w strefie euro pod finansową kroplówką" - mówi Sebastian Płóciennik.

W tej sytuacji utrzymanoby w Grecji kryzys, co wstrzymałoby wdrażanie pewnych niebezpiecznych rozwiązań przez Aleksisa Tsiprasa. W opinii eksperta, istotniejsze są gruntowne reformy, bez których premier Grecji nie może liczyć na większą finansową pomoc.

Przeciwko cięciom opowiedziało się 61,3 procent Greków. Za przyjęciem warunków wierzycieli opowiedziało się 38,7 procent głosujących. Frekwencja wyniosła 62,5 procent.

>>> Czytaj też: Grecy powiedzieli "nie" Unii Europejskiej. Rodzi się nowy model w Europie?