Tak, znam statystyki. 40 proc. światowej gospodarki. Zniesienie tysięcy ceł. Znam również opinie oponentów o prezentach dla biznesu, prawach dotyczących własności intelektualnej oraz outsourcingu pracy. Nikt nie ujmuje problemu w szerszej perspektywie, chociaż najważniejsza informacja handlowa dekady, obejmuje jedynie regionalne porozumienie o relatywnie ograniczonym wpływie.

Nie zawsze jednak tak było. Kiedy byłam początkującą dziennikarką, dziennikarze ekonomiczni patrzyli na globalne negocjacje handlowe jako na coś, co uwolni rynki i - nieprzypadkowo - doprowadzi do materialnego rozwoju ludzkości. Patrzyliśmy z góry na regionalne transakcje przeprowadzane na uboczu, ponieważ wydawały się nam być „słabą herbatą” w porównaniu z „solidnym naparem” globalnego porozumienia. Lokalne umowy zakłócały przepływ handlu, zachęcając ludzi nie do zwiększania konkurencyjnej przewagi i zdolności produkcyjnych, a raczej do poszukiwania najlepszych kombinacji przepisów celnych z rożnych regionalnych ram prawnych. Słyszałam argumenty, że takie transakcje wypaczają handel i osłabiają presję na przeprowadzanie globalnych transakcji, co było gorsze niż zaprzestanie jakichkolwiek działań.

Nie słuchajcie więcej tego typu argumentów. Dlaczego? Ponieważ zwolennicy wolnego handlu w dużej mierze zrezygnowali z własnych postulatów. Rozmowy w ramach Światowej Organizacji Handlu z Doha upadły w zderzeniu z protekcjonizmem europejskiego rolnictwa i bezkompromisowością krajów z dużą liczbą ledwie utrzymujących się przy życiu rolników. Polityka uprzywilejowania obywateli kraju w stosunku do emigrantów, protekcjonizm oraz nacjonalizm są rosnącymi w siłę prądami w wielu państwach. Wolumen światowego handlu jest mizerny. W tych okolicznościach lokalne porozumienia wydają się być atrakcyjne.

Jak doszło to takiego pogorszenia sytuacji?

Najbardziej znaczącym argumentem jest to, że poprzednie rundy negocjacji postępowały jak dotąd tak szybko, że to co zostało ustalone, było bardzo kontrowersyjne, ale mało istotne w stosunku do tego, czego nie udało się wypracować. Niezależnie od waszych opinii na temat własności intelektualnej (a jestem bardzo mocna w tej kwestii), ekonomiczne korzyści z handlu nią i ochrony są bardziej mgliste niż korzyści z handlu stalą albo butami. Rolnicze interesy są dość jednoznaczne i nie do obrony, ale nawet w bogatych państwach w których rolnictwo jest silnie zmechanizowane, a wydatki na żywność stanowią niewielką część budżetów przeciętnych gospodarstw domowych, romantyczna wizja rubasznego narodowego chłopstwa ciągle wywołuje silne nacjonalistyczne reakcje. Ciągle kroczymy zadziwiająco długą drogą wiodącą od czasów, w których praktycznie każde nowoczesne państwo ma kilka konających państwowych sektorów, import zagranicznych samochodów jest traktowany jako zagrożenie nie mniejsze niż obce wojska, a samowystarczalność gospodarcza to słowa, które cisną się na usta „Bardzo Poważnych Analityków”. „Sukces” wolnego handlu sprawił, że te nieliczne problemy stały się od razu mniej zauważalne.

Smutną częścią tej historii jest oczywiście to, że wolny handel padł ofiarą mrocznych sił. Po tym jak automatyka wdrożona na rynki pracy doprowadziła do likwidacji dobrze płatnych, opartych o umiarkowane kwalifikacje miejsc zatrudnienia, ludzie dali się ponieść naturalnym instynktom i zaczęli szukać winnych swoich problemów wśród cudzoziemców. To osłabiło poparcie dla wolnego handlu, w okresie w którym wyraźne spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego sprawia, że jeszcze bardziej go potrzebujemy.

Która z tych opowieści jest prawdziwa - zwolenników czy przeciwników swobodnej wymiany towarów i usług? W rzeczywistości nie mamy wyboru: wolny handel okazał się wielkim sukcesem i pociągnie zapewne za sobą dalszą liberalizację, która nie wydaje się być konieczna. Wystarczy jednakże spojrzeć na kampanię prezydencką Donalda Trumpa, by zrozumieć, że nie tylko z tego powodu liberalizacja handlu napotyka na problemy.

Co czyni świętowanie porozumienia o wolnym handlu smutnym. Dobre wieści są takie, że to jest największa umowa handlowa, która od dawna była popularna. Niestety, to też zła wiadomość.

Megan McArdle jest specjalistką w zakresie ekonomii, gospodarki oraz polityki publicznej. Wcześniej pisała między innymi dla Newsweeka oraz The Economist.

>>> Polecamy: Od liberalizmu do etatyzmu. Jakiego modelu gospodarczego chcą partie?