Polska w 2014 roku wydobyła i zużyła niemal dokładnie tyle samo węgla energetycznego – po ok. 61 mln ton. Z punktu widzenia laika wszystko jest więc w porządku. Wystarczy teraz lepiej zarządzać kopalniami i górnictwo z powrotem wróci do równowagi. Niestety to płonne nadzieje.

Mniejsze wydobycie dobija górnictwo

Wydobywamy akurat tyle węgla jedynie dlatego, że kopalnie pracują na pół gwizdka. Kompania Węglowa wydobyła w 2014 roku 28,5 mln ton węgla energetycznego, chociaż mogłaby 31 mln ton. Bogdanka ograniczyła produkcję do 9,2 mln ton, zwalniając przy tym ponad 300 pracowników, chociaż mogłaby fedrować ponad 11 mln ton i zatrudniać nowych ludzi.
Jednak nawet i to zmniejszone wydobycie było zdecydowanie za duże. Wyprodukowaliśmy o 4,6 mln ton (8,6%) miałów węglowych więcej w stosunku do potrzeb energetyki i ciepłownictwa, które wyniosły w 2014 roku 48,8 mln ton (nie bez znaczenia była ciepła zima).

Natomiast tradycyjnie za mało (o 35% w stosunku do 12 mln ton zapotrzebowania) trafiło na rynek sortymentów średnich i grubych, a więc droższego węgla w największych bryłach, którym pali się w domowych piecach i lokalnych ciepłowniach.

Tymczasem polskie kopalnie mogłyby fedrować znacznie więcej. Zdolności produkcyjne istniejące i planowane do osiągnięcia w ciągu najbliższych 2-3 lat wynoszą blisko 71 mln ton węgla energetycznego – prawie 62 mln ton miałów i 9 mln ton sortymentów średnich i grubych (te ostatnie w polskich kopalniach stanowią średnio 13% całego wydobycia).
To oznacza, że już dzisiaj nie potrzebujemy ok. 15-18% zdolności wydobycia miałów i to nie uwzględniając importu.

Utrzymywanie kopalń, które nie pracują efektywnie to ogromny koszt. O ile prywatna Bogdanka potrafi go częściowo ograniczać – zmniejszając zatrudnienie i ograniczając zamówienia w firmach zewnętrznych, o tyle państwowe spółki górnicze nie robią tego samego z przyczyn politycznych. Zamiast zamknąć najsłabsze kopalnie, utrzymują w nich wydobycie, ograniczając produkcję w innych, bardziej rentownych. To podnosi koszty całej produkcji i jeszcze bardziej zmniejsza szanse na rynku.

Potrzebne zamknięcia

Z tego zaklętego koła spadającego zapotrzebowania na węgiel i rosnących kosztów wydobycia jednej tony (w dużej mierze za sprawą braku cięcia kosztów pracy oraz coraz trudniejszych warunków geologicznych) wyrwać miało nas zamknięcie najbardziej nierentownych kopalń. Z jednej strony odciążyłoby to finansowo spółki górnicze, a z drugiej ograniczyło nadprodukcję.

Plan okroili jednak politycy. Oprócz kopalń, którym skończył się już węgiel do Spółki Restrukturyzacji Kopalń (SRK) trafiły tylko dwa fedrujące jeszcze zakłady – KWK Brzeszcze i KWK Makoszowy.

Okazuje się jednak, że nawet one nie zostaną jednak przez SRK zlikwidowane. Pierwszą kupuje Tauron (inwestycja w kopalnię generującą ponad 200 mln zł strat rocznie wymagała wymiany całego zarządu spółki). Druga też ma znaleźć właściciela – nieoficjalnie mówi się o PGE, ale trudno ocenić na ile są to jedynie przedwyborcze plotki, które miałyby uspokoić górników, a na ile prawda. Jeżeli żadna z nich nie zostanie zlikwidowana, na rynku pozostanie 3,5 mln ton zdolności produkcyjnych (w tym ok. 3 mln ton miałów).
Samotny gasi światło

Sytuacja do której prowadzi aktualna polityka jest absurdalna. Jeżeli Bogdanka, przejmowana właśnie przez Eneę, Kompania Węglowa (zainwestują w nią PGE, Energa i PGNiG Termika) i Brzeszcze (przejmuje je Tauron) znajdą się w rękach energetyki, która będzie odbierała od nich cały węgiel, na rynku pozostaną kopalnie, które nie będą miały już gdzie sprzedać swojego urobku. W najgorszej sytuacji będą niewielkie prywatne Siltech i Silesia oraz drugi największy państwowy producent – KHW.

Razem są wstanie wydobywać 11 mln ton miałów rocznie. To niemal dokładnie tyle, ile dzisiaj wynosi nadwyżka zdolności produkcyjnych. W ten sposób rząd skazuje te spółki na bankructwo.

Nadpodaż będzie rosła

To jednak nie koniec, nawet całkowite zniknięcie z rynku KHW, Siltechu i Silesii nie rozwiązałoby problemu na długo. Zapotrzebowanie na węgiel kamienny nadal będzie spadać.
Jeszcze 10 lat temu potrzebowaliśmy ok. 60 mln ton miałów. W zeszłym roku zużyliśmy ich 53 mln ton. Za pięć lat – według prognozy firmy doradczej Roland Berger – będziemy potrzebowali już tylko 43 mln ton.

Stanie się tak głównie za sprawą wejścia na rynek nowych bloków energetycznych na… węgiel kamienny. Budowane właśnie bloki w Opolu (PGE), Kozienicach (Enea) i Jaworznie(Tauron) to prawie 4 GW, a więc 10% mocy w systemie. Będą generować ok. 18% energii w kraju, ale ze znacznie wyższą sprawnością. W efekcie będą zużywać nawet o połowę mniej węgla, niż stare bloki, które zastąpią.

Do tego część krajowego rynku, do niedawna zarezerwowanego w większości dla energetyki węglowej, przejmują odnawialne źródła energii. Produkcja w kraju będzie ponadto spadać z powodu rosnącego importu taniego prądu ze Skandynawii.

Złośliwe cyfry

Jeżeli polskie górnictwo chce się utrzymać, musi być bardziej efektywne, a więc wydobywać jak najwięcej węgla z najlepszy kopalń. Najgorsze powinny zostać zamknięte, bo ich funkcjonowanie oznacza straty dla gospodarki.

Problemu nie rozwiąże dalszy eksport miałów energetycznych, bo przy dzisiejszych cenach na światowych rynkach (prognozy przewidują ich utrzymanie), jest to kompletnie nieopłacalne. Do każdej z ponad 8 mln ton węgla energetycznego wyeksportowanych w 2014 roku państwowe górnictwo dopłaciło ok. 100 zł.

Odpowiedzią, wbrew nadziejom związkowców i polityków, nie jest także integracja górnictwa z energetyką. Jak się mają kopalnie w grupach energetycznych najlepiej pokazuje przykład Taurona, który kilka lat temu przejął upadające kopalnie Janina i Sobieski. W ubiegłym roku stracił na nich 6,8 mln zł. Natomiast tylko w pierwszej połowie 2015 roku ich straty przekroczyła już 214 mln zł. To pieniądze, które zgodnie z wolą polityków, trafiają na utrzymanie etatów socjalnych, zamiast na inwestycje w nowe moce wytwórcze, sieci energetyczne, czy z powrotem do podatników.