Złoty traci już od wielu miesięcy. Nie sprzyja mu pogorszenie nastrojów w globalnej gospodarce, podsycane przez chińskie spowolnienie. Strach przed kryzysem w Państwie Środka wstrząsa giełdami i powoduje coraz większą niechęć do inwestowania na rynkach wschodzących, do których Polska się zalicza.

Tym bardziej że za oceanem rozpoczął się proces podwyżek stóp procentowych, co może dodatkowo zachęcać kapitał do ucieczki do dolara. Łączny efekt jest taki, że od połowy kwietnia ubiegłego roku do poprzedniego czwartku złoty stracił do euro ponad 10 proc., a do dolara około 15 proc. Decyzja S&P to dodatkowy cios, bo zwróciła uwagę inwestorów na to, co dzieje się w kraju. Czynniki krajowe stały się dodatkowym argumentem, by pozbywać się złotego.
Giełda jest w odwrocie co najmniej od końca maja 2015 r. Indeks największych spółek WIG20 spadł od tamtego czasu o ponad 30 proc. Inwestorów zniechęcały przede wszystkim zapowiedzi wprowadzania nowych podatków (bankowego i od handlu), a w ostatnich dniach plany przewalutowania kredytów frankowych (ich realizacja oznacza dla banków wielomiliardowe straty). Ale nie bez znaczenia jest ogólny odwrót z rynków akcji na świecie, który nastąpił z początkiem roku – tracą również indeksy głównych giełd europejskich.

Wyraźnego trendu spadkowego nie mieliśmy za to na rynku obligacji, od kilku miesięcy notowania były raczej stabilne. Jednak to może być trudne do utrzymania. Wczoraj ceny obligacji skarbowych mocno spadły, co jest równoznaczne ze wzrostem ich rentowności. Wyższa rentowność to większe koszty finansowania tegorocznych potrzeb pożyczkowych budżetu. Mają one wynieść około 180 mld zł, o blisko jedną czwartą więcej niż w roku ubiegłym. Za tyle trzeba będzie sfinansować deficyt i spłacić obligacje zapadające w tym roku.

Obniżka ratingu odbiła się na cenach akcji i obligacji

Inwestorzy na rynku obligacji nie zdążyli zareagować w piątek na wieść o obniżeniu ratingu przez Standard & Poor’s i wczoraj nadrabiali zaległości. Według wyliczeń analityków banku BZ WBK wartość notowanych SPW spadła wczoraj o prawie 0,5 proc., a wartość obligacji w obrocie skurczyła się o 2,58 mld zł.

Poniedziałek był też kolejnym dniem wyprzedaży na warszawskiej giełdzie. W tym przypadku inwestorzy mają całą listę powodów, by pozbywać się akcji, a obniżenie ratingu jest tylko jednym z punktów. Indeks największych spółek spadł wczoraj o 3,2 proc., do mniej niż 1700 pkt (ostatni raz na zamknięciu sesji tak nisko był w kwietniu 2009 r.). Giełdę w dół ciągną duże spółki, w tym banki. Powód? Prezydenckie plany przewalutowania kredytów walutowych. Obniżenie ratingu i plany przewalutowania kredytów powiązał wczoraj w swoim komunikacie Narodowy Bank Polski, zwracając uwagę, że jednym z warunków prowadzenia zrównoważonej polityki gospodarczej jest stabilność sektora finansowego, w tym bankowego.

Na rynku obligacji najbardziej rosła rentowność papierów 10-letnich, w ciągu dnia nawet o 30 pkt bazowych, przebita została psychologiczna bariera 3 proc. (pod koniec notowań rentowność 10-latek wynosiła już 3,20 proc.).
– Przełamaliśmy poziomy, po których trudno liczyć na szybki powrót do niższych rentowności. Do tego nasz dług może być gorzej traktowany niż dotychczas przez inwestorów. Reakcja była podobna do tej, jaka następuje np. po zaskakującej zmianie stóp procentowych – mówi Mateusz Sutowicz, analityk Banku Millennium.

Mniejszy ruch był w segmencie obligacji krótkoterminowych. W przypadku dwuletnich papierów dochodowość zwiększyła się o blisko 10 pkt. Według Sutowicza to efekt większego zainteresowania obligacjami krótkoterminowymi ze strony krajowych banków. Wprowadzany właśnie podatek od aktywów nie będzie obejmował i skarbowych papierów wartościowych. Może to zwiększać aktywność banków na rynku długu. Widać ją było już zresztą na wczorajszym pierwszym od kilku lat przetargu bonów skarbowych. Inwestorzy chcieli kupić papiery za 10 mld zł, pięciokrotnie więcej, niż oferowało Ministerstwo Finansów.

Dla MF bankowe zainteresowanie krótkoterminowymi papierami może być wyjściem awaryjnym na wypadek, gdyby nastroje na rynku obligacji długoterminowych rzeczywiście miały się pogarszać. Perspektywy nie są najlepsze. Obniżka ratingu może zniechęcać do inwestowania w polski dług przez długoterminowych inwestorów. MF szczyciło się jeszcze niedawno stabilną strukturą nabywców z zagranicy: prawie 18 proc. to banki centralne innych krajów. Przesuwanie akcentów w planowanych emisjach w stronę papierów o krótszych terminach zapadalności może być ryzykowne, bo może przyciągać na przetargi gorący kapitał portfelowy.

Presja na wzrost rentowności może zwiększać się w kolejnych miesiącach, jeśli rynek zacznie wyceniać większe ryzyko dla stabilności budżetu w przyszłym i kolejnym roku. Pierwsze „sprawdzam” może powiedzieć już wiosną, gdy Ministerstwo Finansów przedstawi aktualizację programu konwergencji i wieloletniego planu finansowego państwa. Znajdą się w nich projekcje deficytu i długu na kolejne lata.

Dodatkowym czynnikiem ryzyka z punktu widzenia kosztów finansowania potrzeb pożyczkowych i obsługi długu może być osłabienie złotego. Nasza waluta traci już od kilku miesięcy i nie zanosi się, żeby ten trend miał się szybko odwrócić. Według Przemysława Kwietnia, analityka X-Trade Brokers, wcześniej był to efekt narastania niechęci wśród globalnych inwestorów do inwestowania na rynkach wschodzących. Były one postrzegane jako coraz bardziej ryzykowne ze względu na coraz gorsze informacje z Chin, gdzie gospodarka zaczęła zwalniać.

– Dodatkowo pojawia się coraz więcej sygnałów, że skończyła się hossa na rozwiniętych rynkach akcji. I tzw. czynniki krajowe, które zaczęły coraz więcej ważyć jeszcze przed obniżką ratingu przez S&P. Decyzja agencji jest podsumowaniem obaw, które pojawiały się już wcześniej. Co prawda reakcja była szybka, ale agencje powinny przecież działać wyprzedzająco – mówi Kwiecień.

Jego zdaniem kluczowe są perspektywy długoterminowe, bo krótkoterminowo fundamenty polskiej gospodarki wydają się mocne: niski deficyt obrotów bieżących czy poziom zadłużenia zagranicznego.

– W dłuższym horyzoncie jest kilka zagrożeń związanych z wprowadzanymi lub zapowiadanymi przez rząd programami. Na przykład dodatek na dzieci w takim kształcie, jak się go obecnie proponuje, może mieć negatywny wpływ na potencjał siły roboczej w gospodarce. Podobnie obniżenie wieku emerytalnego. Z kolei osłabienie instytucji może wpływać na otoczenie prowadzenia działalność gospodarczej, a to z kolei – na poziom innowacyjności. To wszystko może zagrażać stabilności wzrostu gospodarczego – mówi ekonomista. Jego zdaniem na razie nie ma co liczyć na szybkie odbicie kursu złotego. Wczoraj za euro po południu płacono 4,46 zł, dolar kosztował prawie 4,10 zł – i były to poziomy, do jakich złoty osłabił się już w piątek, po komunikacie S&P.

>>> Czytaj też: Totalna wyprzedaż na GPW. To najgorszy wynik WIG20 od kwietnia 2009 roku