BRICS, czyli Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA, początkowo tylko BRIC, bez mało znaczącej gospodarczo RPA, wstawionej do ugrupowania z woli najsilniejszych w nim Chińczyków, z założenia ma skupiać najsilniejsze wschodzące rynki. Zamiast RPA w grupie powinna znaleźć się Indonezja, a chyba także Turcja. Wtedy byłoby to rzeczywiste odzwierciedlenie fenomenu pojawienia się nowych graczy gospodarczych na globalnej scenie. Specyficzny był od początku także status Rosji.

BRICS ma bowiem jeden strukturalny kłopot: łączy odmienne podmioty. Ich wartość gospodarcza też przedstawia się różnie, a nad całym ugrupowaniem kładą się cieniem Chiny, same dające większe PKB i obroty handlowe niż pozostała czwórka razem wziąwszy.

Dane z różnych źródeł nieco się różnią, można się co do nich spierać, ale podstawowe wnioski są jasne: trzy z pięciu państw ugrupowania borykają się z głęboką recesją, a Chiny od pozostałych coraz bardziej odstają. Nawet od Indii, legitymujących się największym teraz wzrostem (w tym roku planowane 7,5 proc., w porównaniu do 6,7 proc. w Chinach).

Państwa BRICS mają kłopoty, ale każde na swój sposób.

RPA, dopiero 40. w rankingu nominalnego PKB według MFW, a 33. według Banku Światowego, w istocie tkwi w ostatnich latach w stagnacji (w tym roku plan zakłada zaledwie 0,6 proc. wzrostu PKB). W gruncie rzeczy to krok wstecz. Jej znaczenie spada, a ponad 26 proc. społeczeństwa, głównie czarnej ludności, żyjącej poniżej minimum socjalnego sprawia, że stale jest to kraj na granicy wybuchu masowej rewolty.

W istocie rzeczy z taką sytuacją mamy także do czynienia w Brazylii (to 9. gospodarka świata według obu wspominanych rankingów), która popadła nie tylko w głęboką recesję (-3,8 w 2015 r., – 4 proc. w 2016 r.), ale także głęboki kryzys polityczny po wymuszeniu odejścia Dilmy Rousseff z urzędu prezydenta. Perspektywy nie są najlepsze, a ani Igrzyska Olimpijskie, ani mistrzostwa świata w piłce nożnej nie przyniosły spodziewanych gospodarczych korzyści. Wzmogły natomiast kontrowersje co do zarządzania publicznymi pieniędzmi. >>więcej o wydatkach publicznych Brazylii

W recesji tkwi także Rosja (pozycja 12. i 13. w rankingach światowych gospodarek), która rok ubiegły zamknęła saldem ujemnym -3,7 proc., a na ten rok zakłada spadek PKB o dalsze 1,3 proc.

Aktywne, a bardzo kosztowne zaangażowanie w konflikty w Donbasie i w Syrii odwracają uwagę od koniecznych reform i modernizacji, także poza armią. Federacja Rosyjska gospodarczo ma się w miarę dobrze tylko dlatego, że kraj rozporządza ogromnymi rezerwami – finansowymi, surowców naturalnych, ropy i gazu, które ostatnio dają jej 52 proc. dochodów budżetowych i aż 70 proc. eksportu. Jest to więc gospodarka postawiona na jednej nodze, na dodatek z kurczącym się budżetem i dochodami ludności.

W przeciwieństwie do tej trójki ambitne plany premiera Narendry Modiego sprawiają, że Indie (pozycja 7.) znalazły się na ścieżce szybkiego wzrostu, dużo inwestują i przynajmniej w statystykach sprawiają wrażenie gospodarczego tygrysa. Tyle tylko, że na każdym kroku widać, że borykają się z chronicznymi bolączkami: rozdętą i niesprawną biurokracją, powszechną korupcją, przestarzałą infrastrukturą, niebywałym rozwarstwieniem i ogromnymi zagłębiami autentycznej biedy (1/4 społeczeństwa poniżej minimum socjalnego, ustalonego przez Bank Światowy w 2011 r. wyjątkowo nisko – na zaledwie 1,9 dolara dziennie). Kraj jest stabilny politycznie i rozpędzony gospodarczo, ale Chin, z którymi chce się mierzyć jednak nie dogania.

>>> Czytaj też: Tajemnice BRICS: nowy porządek na świecie z Chinami jako liderem?

Wreszcie Chiny, już druga gospodarka świata, a nawet pierwsza, jeśli liczyć dochody według kursu siły nabywczej pieniądza (PPP). O nich – i słusznie – mówi się najwięcej i najgłośniej, bo też to one stanowią synonim wyzwania wobec Zachodu ze strony wschodzących rynków. Owszem, Chiny ostatnio spowolniły, ale rozmiary ich gospodarki są już tak duże, że nadal rosną najszybciej w stosunku do wszystkich innych gospodarek na globie, z dynamicznymi znowu Stanami Zjednoczonymi włącznie (planowany wzrost na ten rok: 2,6 proc.).

Problem w tym, że Chiny muszą gruntownie zmieniać plany i założenia gospodarcze, a nawet swój model rozwojowy z dotychczas pro-eksportowego na oparty na rynku wewnętrznym, konsumpcji, innowacjach i sile własnej klasy średniej. Wolniej, ale prą do przodu, przed nimi jednak bodaj najtrudniejsza bariera do pokonania – przejście od ilości do jakości. Wielu ekspertów zagranicznych (w Chinach to temat prawie tabu) łączy to z pułapką średniego wzrostu i ewentualnym twardym lądowaniem.

Nawet pobieżna panorama i przegląd gospodarek państw BRICS dowodzą, że borykają się one z trudnościami, a wielkiej spoistości pomiędzy nimi nie ma. Owszem, w Indiach i Chinach, dwóch kolosach o skali kontynentów, więc myślących geostrategicznie, wyraźnie dostrzega się trudności Zachodu, co Rosja wykorzystuje bezpośrednio. Wspólnego antyzachodniego frontu jednak nie jest w stanie zbudować, bowiem Chiny mają już z nim własne problemy na Morzu Południowochińskim (spory terytorialne o archipelagi Spratley i Paracele), a także Wschodniochińskim (wyspy Senkaku/Diaoyudao), by nie wyliczać dalej.

Do Rosji lub Chin, bo raczej nie do obu naraz, mogłyby przyłączyć się Indie, już od pewnego czasu traktowane w światowej strategii, jako największe państwo obrotowe na globie. Jednakże tamtejsze elity, w zdecydowanej większości mocno lewicujące, zarzucają wszystkim państwom BRICS i premierowi Modiemu z osobna, że „kontynuują neoliberalny kurs”, opowiadają się za liberalizacją rynków i handlu, są nastawieni na korzyść i zysk, a najważniejsze – ich zdaniem – problemy społeczne i socjalne leżą odłogiem.

To fakt, we wszystkich państwach BRICS współczynnik rozwarstwienia (Gini) jest zdecydowanie za wysoki, a korupcja też jest powszechna. Skomplikowana sytuacja wewnętrzna sprawia, że nie stanowią one – jako grupa – takiego wspólnego wyzwania wobec państw rozwiniętych i dotychczas dominujących, jakiego się pierwotnie przy narodzinach tego ugrupowania w wielu zachodnich stolicach obawiano.

Nie tylko hinduskie elity, ale nawet intelektualista tej rangi, co Immanuel Wallernstein dowodzi, iż „prawdopodobieństwo, że państwa BRICS będą kontynuowały regularne grupowe spotkania ze wspólną agendą programową wydaje się być niewielkie”. Co więcej, przypuszcza on nawet, że „może to być zaledwie przejściowy fenomen”.

A to głównie z tego względu, że ani Rosja z Chinami, ani tym bardziej Indie z Chinami nie tworzą wcale jednolitego frontu. Obaj sąsiedzi Chin mają rosnącą świadomość, że w stosunku do nich odstają, co nie może być przyjmowane dobrze. W Rosji coraz częściej i otwarcie stawia się pytanie: czy mamy być zapleczem surowcowym Chin?

Natomiast w Indiach rozpoczęła się niedawno wielka, strategiczna debata, co robić z Chinami. Nie ma żadnej wątpliwości, że jest ona niczym innym, jak próbą szukania odpowiedzi na rosnącą asertywność Chin na scenie międzynarodowej, w tym plan budowy Nowego Jedwabnego Szlaku, którego część morska przebiega przez newralgiczny dla Hindusów Ocean Indyjski.

Budowany przez Chińczyków „sznur pereł”, czyli portów i inwestycji w najbliższym otoczeniu Indii na tym akwenie, takich jak Gwadar w Pakistanie, Sittwe w Mjanmie (d. Birmie), Hambantota na Sri Lance, czy Chittagong w Bangladeszu każą stawiać Hindusom istotne pytanie: czy znowu, jak w wojnie z 1962 r., z Chinami nie przegrywamy?

To sprawia, że mimo wzajemnych wizyt premiera Modiego i prezydenta Xi Jinpinga, mimo wielu miliardów dolarów chińskiego zaangażowania w wielkie projekty infrastrukturalne na terenie Indii, coraz częściej w New Delhi i Bombaju mówi się o konieczności odbudowy więzi ze Stanami Zjednoczonymi, a w ślad za tym Japonią, oraz państwami ASEAN (Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej) i Australią.

To z tego m.in. powodu, jak też stałego ujemnego salda w handlu, w którym obroty w 2015 r. miały przekroczyć 100 mld dolarów, a przekroczyły nieco 72 mld, stosunki Indii z Chinami nie są wcale tak kwitnące, jak jeszcze niedawno zapowiadano. O powrocie do słynnego „braterstwa dwóch narodów” promowanego w połowie minionego stulecia przez premierów Jawaharlala Nehru i Zhou Enlaia nigdzie dziś już nie ma mowy.

Na koniec szczytu państw BRICS w Goa wydane zostaną zapewne kolejne komunikaty, mówiące o zacieśnieniu współpracy, budowaniu nowych instytucji i forum współpracy, integrowaniu się, a nawet innowacjach i wspólnemu stanowisku wobec globalnych wyzwań, takich jak zmiany klimatyczne czy zagrożenia ekologiczne.

Nie dajmy się jednak zwieść. Za tymi słowami i pięknymi deklaracjami kryją się coraz większe napięcia. Wschodzące rynki, zanim jeszcze zbudowały wspólną antyzachodnią platformę, już się podzieliły.

>>> Czytaj też: Supermocarstwa wagi lekkiej. Oto 12 państw, które mają duże ambicje

Autor: Bogdan Góralczyk