Czy ktoś jeszcze pamięta, jak listopadzie 2011 roku prezydent Barack Obama zapowiedział zmianę orientacji USA na Azję i Pacyfik? Wówczas plan był taki: zwiększyć zaangażowanie dyplomatyczne i militarne w Azji Wschodniej po to, aby powstrzymać rosnące znaczenie Chin. To był jeden z powodów, dla którego Obama zapowiedział zmniejszenie obecności USA na Bliskim Wschodzie.

Cóż, dziś można powiedzieć, że nowa azjatycka orientacja USA chwieje się w posadach. W czwartek tydzień temu prezydent Filipin Rodrigo Duterte zapowiedział w Pekinie podczas spotkania z chińskim przywódcą Xi Jinpingiem, że jego kraj musi się „odseparować” od USA.

„Militarnie, choć może nie w sferze społecznej, jednak także w dziedzinie gospodarki Ameryka straciła" - powiedział Duterte podczas uroczystego spotkania w Wielkiej Hali Ludowej w stolicy Chin.

„I może teraz udam się do Rosji, aby porozmawiać z Putinem i powiedzieć mu, że teraz jest nas trzech przeciw światu: Chiny, Filipiny i Rosja. To jedyna droga” – dodał.

Trzeba zauważyć tu dwie rzeczy.

Po pierwsze, Duterte to surowy parweniusz. Przywódca Filipin nazwał Obamę „synem dziwki” i podjął walkę z papieżem. Jako polityk jest często porównywany do Donalda Trumpa. Jako prezydent jest atakowany za to, że zachowuje się jak autokrata, który prowadzi paramilitarną wojnę przeciwko użytkownikom narkotyków oraz dealerom.

Po drugie, wydaje się, że sami współpracownicy Rodrigo Duterte nie do końca wiedzieli o jego nowych sojuszach. W piątek tydzień temu prezydent Filipin przyznał co prawda, że nie miał na myśli zerwania stosunków dyplomatycznych z USA, ale też nie wycofał się z deklaracji z Pekinu. Niemniej wiele osób z jego otoczenia sugeruje jednak, Duterte wycofa się z kierunku, który obrał.

Bez względu na te zastrzeżenia, to co się wydarzyło, to wielka sprawa. Od czasu rozpoczęcia zimnej wojny Filipiny były ważnym sojusznikiem USA. Co więcej, rząd Baracka Obamy wiele zainwestował w ten kraj, który miał być jedną z podstaw strategii reorientacji na Azję i Pacyfik. W 2014 roku oba kraje podpisały porozumienie o pogłębionej współpracy gospodarczej. Gdy Filipiny wniosły przeciw Chinom pozew przez trybunałem w Hadze ws. budowy sztucznych wysp na Morzu Południowochińskim, USA dyplomatycznie wspierały Filipiny.

W lipcu trybunał w Hadze wydał wyrok na korzyść Filipin. Wówczas USA miały szansę włączyć się w sprawę i nacisnąć na Chiny. Zamiast tego Waszyngton zachęcił Chiny i Filipiny do rozwiązania tego problemu między sobą.

Pod koniec sierpnia sekretarz stanu John Kerry powiedział reporterom, że USA nie chciały podsycać konfliktu, ale zachęcić obie strony do rozwiązania sporów na drodze prawnej i dyplomatycznej.

Rodrigo Duterte wziął sobie radę Kerry’ego do serca. Po tym, jak ogłosił nowy sojusz z Chinami, dodatkowo podpisał serię porozumień handlowych z Państwem Środka na sumę 13,5 mld dol. Dodatkowo zapowiedział kontynuację dwustronnych rozmów ws. Morza Południowochińskiego.

Dan Blumenthal, dyrektor studiów azjatyckich w American Enterprise Institute ocenił, że administracja Obamy przegrała tę sprawę przez zaniechanie działań.
Nic dziwnego, że Duterte w pewnym momencie stwierdził, że Obama nie podchodzi poważnie do obrony rządów prawa na Morzu Południowochińskim. Uważni obserwatorzy Filipin powinni przewidzieć taki bieg wydarzeń. Jeszcze przed kampanią wyborczej w sierpniu 2015 roku Duterte mówił reporterom, że jeśli USA podchodziłyby do sprawy na poważnie, to Waszyngton wysłałby lotniskowce i fregaty rakietowe już wtedy, gdy Chiny zaczęły budować sztuczne wyspy na spornym terytorium.

Oczywiście Barack Obama nie zrobił tego. Nie wysłał nawet floty na wody terytorialne Filipin, co do których roszczenia wysuwają Chiny. Zamiast tego Obama zachował się tak, jakby prawo międzynarodowe samo wprowadzało się w życie. Ale to nigdy nie działa w ten sposób. System zasad i praw, który wspiera Barack Obama, wymaga wielkiej siły, która będzie w stanie ten system ochronić.

>>> Czytaj też: Nowy układ sił w regionie. Filipiny chcą "odseparować się" od USA