W tym roku mieliśmy okazję słyszeć wiele wiadomości oznajmiających zahamowanie, a niekiedy nawet zakończenie globalizacji. W załączeniu do tych wiadomości przeważnie przedstawiano wykresy, z których wynikało, że wolumen handlu globalnego przestał rosnąć. Zjawisko to rzadko kiedy występuje poza czasem recesji. Mimo to wciąż jednak, jeśli spojrzymy na niektóre dane, to zauważymy, że globalizacyjny pociąg wciąż jedzie.

To wniosek z ostatniej edycji opublikowanego przez DHL we wtorek indeksu globalnego połączenia the DHL Global Connectedness Index. Wskaźnik ten jest publikowany co dwa lata, a przygotowują go Pankaj Ghemawat i Steven A. Altman z Centrum Globalizacji Edukacji i Zarządzania w Stern School of Business przy New York University.
Od przeszło 10 lat Pankaj Ghemawat – doświadczony badacz w zakresie strategii korporacyjnej – prezentuje tezę, że świat nie jest aż tak bardzo połączony, jak chcieliby tego apostołowie globalizacji, a skala wzajemnych połączeń nie zwiększa się tak szybko.

Załączony wykres pokazuje globalne przepływy handlowe, kapitałowe, przepływy osób oraz informacji pod względem głębokości (czyli ilości) oraz szerokości (czyli w jakim stopniu przepływy te są rozproszone po całym świecie).

Głębokość wzajemnych połączeń (depth) oraz wskaźnik połączeń ogółem (overall connectedness) wzrosły względem spadków z 2008 roku, ale już szerokość (breadth) nie.

Jeśli z kolei rozłożymy na części wskaźnik głębokości wzajemnych połączeń (drugi wykres), to ujawnia się kolejny podział. Otóż przepływy informacji (mierzone głównie na podstaw ruchu internetowego i rozmów telefonicznych) wręcz eksplodowały, zaś przepływy handlowe i kapitałowe wciąż znajdują się poniżej poziomu sprzed 2008 roku.

W lutym McKinsey Global Institute opublikował raport, w którym porusza zagadnienie “cyfrowej globalizacji”. Czytamy w nim:

“Przepływy dóbr fizycznych i finansów były znakami rozpoznawczymi globalnej gospodarki XX wieku. Dziś tego typu przepływy wyhamowały lub się zmniejszyły. Globalizacja XXI wieku w coraz większym stopniu będzie definiowana przez przepływy danych i informacji”.

Pankaj Ghemawat jest sceptyczny co do takiego ujmowania sprawy. „Jeśli cofniemy się do lat 30. XX wieku, to prawdopodobnie wtedy przepływ informacji również wzrastał” – wyjaśnia.

„Ani nie jesteśmy zmuszeni do wielkiego odwrotu od globalizacji, ani do wielkiego renesansu globalizacji. W latach 30. czasy były niekorzystne, tak samo jak teraz. Gdybyśmy wtedy nie wprowadzili niekorzystnych rozwiązań takich jak ustawa Smoota-Hawleya” – argumentuje badacz.

Ustawa Smoota-Hawley’a, która weszła w życie w 1930 roku, wprowadzała rekordowe cła na import ponad 20 tys. towarów. Wielu ekonomistów uważa, że przez tę ustawę recesja przekształciła się w wielki kryzys. Dziś Amerykanie wybrali na prezydenta USA osobę, która w wielu kwestiach związanych z handlem brzmi jak przedwojenny Smooty.

“Przed wyborami nie martwiłem się tak bardzo, ponieważ nie dostrzegałem analogicznych okoliczności. Dziś te analogie już dostrzegam” – ostrzega Pankaj Ghemawat.
To czego obawia się badacz, to globalna wojna handlowa. W ubiegłym tygodniu na łamach Harvard Business Review napisał:

“Donald Trump wykorzystał gniew Amerykanów, a jego działania moga spowodować gniew za granicą. Na potencjalne działania odwetowe ze strony innych krajów w szczególności narażeni są amerykańscy eksporterzy”.

Grozi nam scenariusz, wedle którego niektóre działania Donalda Trumpa sprawią, żę wszyscy będziemy biedniejsi. Przy czym niektóre zmiany mogą okazać się korzystne, np. naciskanie na partnerów handlowych, aby kupowali amerykańskie produkty lub presja na firmy, aby tworzyły miejsca pracy w USA – podkreśla Ghemawat.

Traktowanie globalizacji jak wszechogarniającej siły, której nie można powstrzymać, nie przysłużyło się dobrze politycznym elitom w USA i w Europie. Z kolei próba powstrzymania globalizacji to strategia potencjalnie szkodliwa dla gospodarki. Za to próba okiełznania jej przy pomocy politycznych rozwiązań mogłaby pomóc ją ocalić.