„Występująca w Polsce rekordowo niska stopa bezrobocia wskazuje na przegrzanie rynku pracy przejawiające się dużym popytem na pracę przy niskiej jej podaży. Co drugi z badanych przedsiębiorców wskazuje na trudności z pozyskaniem specjalistów, a co trzeci ma trudności z pozyskaniem jakichkolwiek pracowników” – alarmowało Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych (BIEC) w lutowym raporcie.

Bardziej optymistyczne są ankiety NBP. Na początku 2018 roku tylko około 10 proc. badanych firm zgłaszało problem ze znalezieniem pracowników jako barierę rozwoju. Dla porównania – w 2007 roku ten odsetek przekraczał 14 proc. Niemniej tendencja jest wyraźna – odsetek tych firm rośnie, rośnie aktywność zawodowa, rosną płace i spada stopa bezrobocia.

W lutym 2018 roku bezrobocie rejestrowane wyniosło tylko 6,8 proc. w porównaniu z 6,9 proc. w styczniu. W połowie roku (przy rozpędzonych budowach i pracach w rolnictwie) stopa bezrobocia może spaść nawet poniżej 6 proc. Jeszcze ciekawszy obraz wyłania się, gdy spojrzymy na stopę bezrobocia według BAEL. Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności, które skupia się na faktycznej aktywności populacji, a nie na samym fakcie zarejestrowania w urzędzie pracy, przynosi wynik 4,5 proc. w czwartym kwartale 2017 roku. To najmniej od początku badania, czyli od 1992 roku.

Oznacza to, że mamy dziś w Polsce tylko 769 tys. bezrobotnych i 16,4 mln. pracujących. Trudno sobie zatem wyobrazić aby wynoszący 56,2 proc. współczynnik aktywności zawodowej mógł ulec dalszej poprawie dzięki zatrudnianiu tysięcy bezrobotnych. Część z nich, pracy podejmować nie chce, część nie ma poszukiwanych kwalifikacji. Rezerwą może być prędzej grupa 13,4 mln osób biernych zawodowo albo imigranci. Przynajmniej teoretycznie.

Rosnące wskaźniki

Rekordowo niskie bezrobocie i przestający rosnąć współczynnik aktywności zawodowej przy nierosnącej już imigracji może oznaczać jedno – nieuchronny wzrost płac. I tu wyraźnie widać, że coś się stało pod koniec 2017 roku.

W całym 2017 roku średnia płaca brutto wzrosła o 5,5 proc, ale duża w tym zasługa czwartego kwartału zeszłego roku, w którym płace wzrosły o 7,1 proc. rok do roku. Nominalnie to dużo, ale wzrost płac należy skorygować o rosnącą w tym czasie inflację.

Okaże się wówczas, że płace w zeszłym roku realnie wzrosły o 3,4 proc, a więc mniej niż w 2015 i 2016 roku (po 4,2 proc.) Niemniej ostatnie trzy lata wybijają się na wieloletnim wykresie, choć do poziomów z 2007 roku (wzrost płac o 6,3 proc.) jeszcze sporo miejsca.

Najciekawsze pytanie teraz brzmi: czy wyraźny nominalny wzrost płac z końcówki zeszłego roku utrzyma się w tym roku i w kolejnych latach. Wielu ekonomistów twierdzi, że tak.

„Dotychczasowe umiarkowane wzrosty płac mogły m.in. odzwierciedlać efekty włączenia do statystyk od stycznia 2017 roku osób dotychczas pracujących na tzw. umowach śmieciowych, co zaniżyło wzrost płac o ok. 1 punkt procentowy” – czytamy w „Kwartalniku Ekonomicznym” PKO BP z 8 lutego.

Ekonomiści banku spodziewają się, że nominalna dynamika płac w gospodarce narodowej będzie w 2018 roku równie wysoka, co ta obserwowana w sektorze przedsiębiorstw, a powodem ma być narastająca presja płacowa w różnych częściach sektora publicznego. W efekcie prognoza PKO BP wzrostu płac nominalnych w gospodarce narodowej jest równa prognozie wzrostu w sektorze przedsiębiorstw i w obu przypadkach wynosi pokaźne 7,8 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem.

„Problemy przedsiębiorstw z pozyskaniem odpowiednio wykwalifikowanych pracowników, związane z niedostateczną podażą wolnej siły roboczej, będą przekładać się na wzrost dynamiki wynagrodzeń, która będzie przewyższała wzrost wydajności pracy. W konsekwencji dynamika jednostkowych kosztów pracy przyspieszy i w latach 2018-2020 będzie kształtować się na poziomie zbliżonym do 3,5 proc. rok do roku” – czytamy z kolei w marcowej projekcji inflacji NBP.

To nic innego jak opis presji płacowej, czyli zjawiska polegającego na tym, że płace rosną szybciej niż wydajność pracy. Dla pracowników to na krótką metę dobra wiadomość, dla gospodarki jako całości gorsza, bo trwająca długo presja płacowa osłabia jej konkurencyjność.

Kto straci najbardziej

Oczywiście presja płacowa nie dotyczy wszystkich firm w równym stopniu i odmienne mogą być też odpowiedzi pracodawców na rosnące oczekiwania pracowników.

Teoretycznie najprostszym sposobem jest przerzucenie rosnących kosztów na klientów przez podniesienie cen, ale w praktyce na konkurencyjnym rynku często znajdzie się firma, która walczy o większy w nim udział i cen nie dostosuje. Drugi możliwy sposób to umaszynowienie – szczególnie w przetwórstwie przemysłowym, ale wymaga to dużych jednorazowych wydatków. Trzeci sposób to konsolidacja, która w przypadku rozdrobnionych branż pozwala efektywniej wykorzystywać zasoby, ale i tu są przeszkody, choćby ambicje i nieufność właścicieli.

Bank Pekao przyjrzał się temu problemowi i oszacował, które z powyższych scenariuszy są możliwe w poszczególnych branżach. Firmy podzielono pod względem jasnego kryterium: o ile procent muszą wzrosnąć płace, by – przy innych czynnikach niezmienionych – roczny zysk danej branży spadł do zera. 

>>> Czytaj też: Średnia pensja kontra mediana i dominanta, czyli ile tak naprawdę zarabiają Polacy

– Najbardziej wrażliwe są proste usługi: ochrona, sprzątanie, naprawy AGD. Już kilkuprocentowy wzrost płac zeruje ich zyski. O konsolidacji takich małych, lokalnych firm trudno myśleć, tak samo jak o umaszynowieniu. Rosnące koszty pracy już teraz są zatem przenoszone na klientów poprzez wzrost cen – mówi Andrzej Halesiak, dyrektor w Biurze Analiz Ekonomicznych Banku Pekao.

– Liczniejsza jest grupa przedsiębiorstw, w których wyzerowanie zysku wymaga wzrostu kosztów pracy od 10 do 30 proc. Tu dominuje handel detaliczny, usługi transportowe oraz większość działalności budowlanej. Pierwsze dwie branże również mogą podnieść ceny, ale z branżą budowlaną jest trudniej. Dość często występującą tu formą są kontrakty wieloletnie, z reguły zawierane ze stroną publiczną, które niełatwo renegocjować. Tymczasem koszty pracy mogły zaskoczyć niektóre z firm, tak jak przed Euro 2012 zaskoczył wzrost cen surowców – przewiduje Andrzej Halesiak.

– Stosunkowo bezpieczna jest dopiero trzecia grupa przedsiębiorstw, dla których stopnienie zysku do zera wymagało wzrostu kosztów pracy o 30-40 proc. To firmy przemysłowe i przetwórcze, z wielu branż, w tym naszych eksportowych specjalności: mebli, wyrobów metalowych i tekstyliów. Tutaj umaszynowienie często jest już faktem, a odpowiedzią na rosnące koszty pracy może być albo konsolidacja, albo zadbanie o własną markę i zmiana sposobów dystrybucji (na te z pominięciem pośredników), co pozwoli podnieść marże, szczególnie na zagranicznych rynkach – podsumowuje Andrzej Halesiak.

– Doceniając informacje jakie niesie to badanie muszę przyznać, że z tym warunkiem wzrostu płac do wyzerowania zysków może być jak z teoretycznym kursem opłacalności eksportu. W praktyce zawsze okazuje się, że ta granica bólu jest dalej, bo firmy nie czekają biernie, ale starają się przygotować na negatywne wydarzenia – komentuje Marta Petka-Zagajewska, ekonomista PKO BP.

Trwały niedobór

Owo „przygotowanie na negatywne wydarzenia” jest chyba istotą problemu, biorąc pod uwagę, że za mała podaż pracy nie minie wraz ze szczytem obecnego cyklu koniunkturalnego. Należy się raczej spodziewać, że będzie trwałym zjawiskiem w naszej gospodarce.

„Do 2004 roku na wielkość zasobów pracy korzystnie wpływała sytuacja demograficzna, która z naddatkiem równoważyła spadek aktywności, lecz ta tendencja wygasła. Do 2012 roku wzrost aktywności (zwłaszcza najstarszych grup wieku) jeszcze w pewnym stopniu osłabiał negatywne konsekwencje procesów demograficznych. Jednak już od 2013 roku zasoby pracy systematycznie maleją” – czytamy w „Badaniu ankietowym rynku pracy”, przygotowanym przez NBP jeszcze w grudniu 2016 roku.

Roczna podaż pracy spada obecnie w tempie poniżej 50 tys. osób rocznie, ale według projekcji Komisji Europejskiej na podstawie danych demograficznych GUS od 2025 roku będzie spadać o około 100 tys. osób rocznie, a od 2044 roku o około 150 tys. osób rocznie. To dużo, gdy uświadomimy sobie, że dziś według BAEL pracuje w Polsce 16,4 mln osób, a bezrobotnych jest 769 tys.

Sytuacja byłaby pewnie jeszcze gorsza gdyby nie imigracja, ale i ona nie jest nam dana raz na zawsze. Według OECD Ukraińcy stanowili aż 5 proc. siły roboczej w Polsce w 2016 roku i był to kluczowy czynnik powstrzymujący presję płacową. Firmy dotychczas rekrutujące Ukraińców coraz częściej zgłaszają jednak brak podaży i sięgają jeszcze dalej – po pracowników z Nepalu, Indii, czy Bangladeszu.

Gdy zestawimy ten fakt ze spostrzeżeniem z innego raportu OECD o tym, że nasze dobre wyniki gospodarcze oparte są głównie na produkcji i eksporcie dóbr o stosunkowo małym udziale technologii, to ścieżka postępowania wydaje się oczywista – polskie firmy powinny masowo przestawiać się na produkcję maszynową coraz bardziej skomplikowanych towarów tak, aby miejsc pracy było mniej, ale były one lepsze, bardziej sprzyjające wydajności i uzasadniające wyższe płace.

– Często, gdy rozmawiam z przedsiębiorcami spotykam się z nastawieniem, że trzeba zacisnąć zęby i przeczekać, bo za kilka kwartałów PKB nie będzie już tak imponująco rosnąć, rynek pracy się unormuje i presja płacowa minie. Przekonuję ich wtedy, że to błędne myślenie. Bez recesji nie będziemy mieć już w Polsce rynku pracodawcy. Demografia powoduje, że odpływ z rynku pracy będzie teraz trwale większy niż napływ i przedsiębiorcy albo odpowiednio zmodernizują swoje firmy, albo w przyszłości, nieraz brutalnie, wymusi to na nich rynek – mówi Andrzej Halesiak.

Mówiąc wprost, chodzi o to, jak bardzo zmienia się rynek naszego głównego odbiorcy eksportu, czyli Niemiec. Coraz więcej firm wdraża tam nowoczesne rozwiązania Przemysłu 4.0, które stawiają też wysokie wymagania wobec dotychczasowych poddostawców. Innymi słowy: nawet żeby utrzymać poziom i marże naszego eksportu musimy odejść od prostej pracochłonności.

Autor:  Marek Pielach