Według słownika PWN „proceder” oznacza „działanie, często stanowiące czyjeś źródło utrzymania, które jest uznawane za niezgodne z prawem lub zasadami moralnymi”. W debacie publicznej z oceną procederu jest fundamentalny problem. Problem polega oczywiście na tym, jak się do tego zjawiska ustosunkować. Czy na przykład złodziej samochodów albo dziesioniarz (sprawca rozboju) to postacie, które społeczeństwo powinno karać z całą surowością? Również po to, żeby odstraszać od takich zachowań potencjalnych następców. Takie podejście (wyrażane choćby w słynnych akcjach typu „zero tolerancji”, robionych przez polityków pozujących na bezkompromisowych szeryfów) dość dobrze pasowało do społeczeństw żyjących według neoliberalnego zestawu zasad, gdzie czynniki takie jak kontekst ekonomiczny przestępczości lub pochodzenie klasowe sprawcy spychane były na plan dalszy. Oficjalnie zaś panowało przeświadczenie, że każdy ma wolny wybór i może zdecydować, czy żyje w zgodzie z prawem, czy też nie. W tym drugim przypadku musi się liczyć z konsekwencjami.
Takie podejście od zawsze wywoływało jednak sprzeciw. Krytycy wskazywali, że społeczeństwa szczycące się zerową tolerancją dla owych złodziei, dilerów i sprawców rozbojów są zakłamane. Karzą bowiem jedynie symptomy głębszych problemów społecznych, z których pospolita przestępczość wyrasta. Nie eliminują zaś ich przyczyn. Tradycja takiego głębokiego patrzenia na zbrodnię i występek jest długa i bogata. Mieści się w niej choćby „Opera za trzy grosze” Bertolta Brechta i Kurta Weilla, w której artyści mówią prowokacyjnie „najpierw żarcie, potem moralność". I pytają: „Czym jest włamanie do banku wobec założenia banku? Czym jest zamordowanie człowieka wobec wynajęcia człowieka?”.
A co na to ekonomia? Trafiłem niedawno na pracę „Job Loss, Credit and Crime in Colombia” („Zwolnienia, kredyt i przestępczość w Kolumbii”). Jej autorami są ekonomiści Gaurav Khanna, Carlos Medina, Anant Nyshadham, Christian Posso i Jorge Tamayo. Rzecz bazuje na danych z Medellin, drugiego co do wielkości miasta Kolumbii (2,3 mln ludzi). Mniej więcej od końca lat 70. i początku 80. Medellin cieszy się złą sławą – działalność kolumbijskich karteli narkotykowych jest tam szczególnie dotkliwa. Tylko w latach 2005–2013 aż 12 proc. całej męskiej populacji miasta była aresztowana przez policję. W grupie młodych (14–26 lat) ten odsetek wynosił nawet 21 proc. (11 proc. za narkotyki, 6 proc. za przestępstwa przeciwko mieniu, a 5 proc. za przestępstwa z użyciem przemocy). W takich miejscach jak Medellin proceder nie jest odstępstwem od zdrowej społecznej normy. To jedna z życiowych dróg obieranych przez sporą część mieszkańców.
Reklama
Jednocześnie Medellin to miasto z silnym sektorem finansowym oraz przemysłem. Ta – typowa dla kapitalizmu – struktura zatrudnienia ma swoje konsekwencje. Implikuje istnienie nierówności dochodowych pomiędzy klasami: lepiej wykształcona i zasobna w kapitał kulturowy część społeczeństwa szuka stabilniejszej pracy w świecie finansów. Pozostali żyją z przemysłu. Problem w tym, że Kolumbia jest jednym z tych latynoskich krajów, gdzie neoliberalizm zadomowił się bardzo mocno. Co oznacza, że zatrudnienie w przemyśle charakteryzowało się w omawianym okresie niską stabilnością. W czasie dobrej koniunktury praca była, ale gdy sytuacja się pogarszała, pracowników z łatwością się pozbywano. Na przykład w 2010 r. prawie jedna trzecia firm dokonała grupowych zwolnień (to znaczy w ciągu sześciu miesięcy pozbyła się więcej niż 30 proc. załogi. W niektórych miejscach zwolnienia sięgały 90 proc. zatrudnionych).
Analizując statystyki zatrudnienia, badacze pokazali pewien uniwersalny mechanizm: każda fala zwolnień pociągała za sobą realne konsekwencje w postaci długotrwałego obniżenia dochodu (z reguły zarobki zwolnionego wracały do poprzedniego stanu dopiero po trzech latach). Jednocześnie prawdopodobieństwo, że zwolniony w następnym roku wejdzie w konflikt z prawem (i zostanie aresztowany), sięgnęło 45 proc., a w kolejnym roku 35 proc. Mało tego – skutki zwolnienia jednego dorosłego członka rodziny przekładały się nawet na jego rodzeństwo. Zawsze można oczywiście argumentować, że byli i tacy, którzy nawet pomimo utraty pracy nie ratowali się dilerką albo kradzieżami. Oczywiście. Badanie pokazuje jednak wyraźnie, że związek pomiędzy procederem a sytuacją ekonomiczną ludności jest znaczący. Warto o tym pamiętać przy okazji kolejnej dyskusji na temat strategii ograniczania przestępczości. ©℗
Badacze pokazali pewien uniwersalny mechanizm: każda fala zwolnień pociągała za sobą realne konsekwencje w postaci długotrwałego obniżenia dochodu (z reguły zarobki zwolnionego wracały do poprzedniego stanu dopiero po trzech latach). Jednocześnie prawdopodobieństwo, że zwolniony w następnym roku wejdzie w konflikt z prawem, sięgnęło 45 proc.