Globalny handel eksplodował w latach 90. XX wieku, a trend ten utrzymywał się do 2008 roku, do kryzysu finansowego. Nastąpił wówczas gwałtowny spadek tego wskaźnika. Później, po 2009 roku zaczął się powoli podnosić i teraz znajduje się na ścieżce stabilnego, powolnego wzrostu.

Jednak od ubiegłego lata wskaźnik uległ większej zmianie. Według World Trade Monitor, publikowanego przez holenderskie Biuro Analizy Polityki Gospodarczej (CPB), wolumen światowego handlu w lutym był o 4,2 proc. wyższy niż w lipcu 2016 roku.

Indeks ten, który jest skorygowany m.in. o zmiany cen surowców, mogące zaburzać odnajdywanie trendów w danych, zanotował spadek w lutym, ale po dużym wzroście w styczniu. 4,3-proc. wzrost od lipca 2016 do stycznia 2017 był największym półrocznym wzrostem od 2010 roku.

To tylko 6 miesięcy i być może znaczy to niewiele. Ale jako ktoś, kto ostatnie spadki w tym indeksie, a także spadki innych wskaźników, interpretował jako potencjalne sygnały zakończenia globalizacji albo nawet dematerializacji światowej gospodarki, powinienem wziąć to pod uwagę.

Być może wcześniejsze spadki były po prostu bezpośrednią konsekwencją szczególnie głębokiego kryzysu finansowego z 2008 roku, a teraz wszystko wraca do normy. Mimo to wciąż obstawiałbym, że globalny handel nie wróci do dobrych wskaźników, jakie notował w ciągu pierwszej dekady XXI wieku oraz do aktywności gospodarczej, jaka miała miejsce w krajach rozwiniętych. Niemniej jednak czynniki cykliczne wciąż mają duże znaczenie, a teraz mogą one szczególnie sprzyjać światowej gospodarce.

>>> Czytaj też: Cieszmy się tym, co mamy. O tym, że gospodarcze dogmaty nie są wieczne