Pogoń polskiego społeczeństwa za czołówką cywilizacji przemysłowej wciąż trwa, mimo kilku prób przyspieszenia. Bilans przypomina Andrzej Karpiński w książce „Prawda i kłamstwa o przemyśle. Polska w obliczu III rewolucji przemysłowej”. Do sukcesów należy m.in. dwuipółkrotny wzrost wolumenu produkcji, coraz bardziej konkurencyjnej – także dzięki nowocześniejszej technice, rozwój sektora małych i średnich firm (z 7 proc. całej produkcji do prawie 60 proc. obecnie) i przede wszystkim otwarcie gospodarki na rynek światowy (w PRL-u eksportowano ok. 18 proc. produkcji, obecnie – ponad 52 proc.). Ale neoliberalna transformacja zasadniczo nie przezwyciężyła quasi-kolonialnej zależności polskiej gospodarki od centrum. I tak, przyrost produkcji i owszem, ale dwie trzecie tego przyrostu to nie produkcja finalna, lecz montowanie i konfekcjonowanie wyrobów gotowych z importowanych części i surowców rękami specjalistów od dokręcania śrubek. Co gorsza, w branżach nasyconych nowoczesną techniką (telekomunikacja, przemysł lotniczy, samochodowy) udział zagranicznych firm sięga 70 proc. Podobnie jest (choć to się zmienia na naszą korzyść) w sektorze bankowym i w wielkopowierzchniowym handlu. Eksport? I owszem, ale połowa dokonuje się między filiami zagranicznych firm i to one zgarniają ostatecznie rentę innowacyjności. Szacuje się, że z Polski wypływa w formie transferu zysków około 3 proc. polskiego PKB, w sumie około 100 mld zł. Zatem dopiero wzrost PKB powyżej 3 proc. zasługuje na to określenie. Za to polskie bezpośrednie inwestycje zagraniczne, BIZ, lokowane są w takich centrach światowej innowacyjności jak Nowa Kaledonia. Tak więc zyski polskich kapitalistów nie przyczyniają się do wzrostu inwestycji, tylko zasilają system finansowy świata, podważając na małą polską miarę (0,35 proc. światowego obrotu) jego stabilność. Co więcej, wzrost wydajności pracy dokonał się w wyniku deindustrializacji. Zlikwidowano bowiem 1675 zakładów (spośród zatrudniających ponad 100 pracowników, w tym 681 zbudowanych w okresie PRL). Były to najczęściej tzw. wrogie przejęcia dla opanowania rynku zbytu. W strukturze polskiego przemysłu brak najbardziej innowacyjnego sektora wysokiej techniki: przemysłu komputerowego, elektronicznego, precyzyjnego, elektrotechnicznego czy ekologicznego. Tylko 6 proc. pracuje w przemysłach wysokiej techniki, na dodatek o 100 tys. mniej niż w PRL. Polska nie poprawiła swojej pozycji, tkwi nadal w ogonie krajów UE, czyli jest uzależniona od techniki kreowanej gdzie indziej (80 proc. zaopatrzenia w wyroby wysokiej techniki pochodzi z importu). Co szczególnie bolesne, towary importowane zaspokajają 56 proc. popytu na rynku wewnętrznym, i to także w produkty przemysłu spożywczego (dwukrotnie wyższy poziom niż w krajach o podobnej skali rynku). Z Polski emigruje rocznie ponad 90 tys. młodych ludzi, zabierając ze sobą publiczne nakłady na kwalifikacje i wzbogacając tym samym przyjmujące społeczeństwa.

Czeka nas zatem kolejny wysiłek modernizacyjny, jeśli nie chcemy być największą w Europie strefą taniej pracy czy łatwym rynkiem zbytu. Jeśli status półperyferii rodzi niechciane konsekwencje, jakiej dokonać korekty w strategii narodowej? Kto miałby dokonać tej korekty? Odpowiedzią jest strategia reindustrializacji polskiej gospodarki. Wpisuje się ona w tendencje rozwojowe III rewolucji przemysłowej, na dodatek koresponduje z analogiczną strategią UE. Wymaga jednak zmiany formacji politycznej i sformułowania długofalowych celów. Muszą one uwzględniać tendencje rozwojowe obecnej fazy ewolucji społeczeństw: kryzys ekologiczny, automatyzację procesów produkcyjnych i strukturalne bezrobocie, wzrost nierówności, starzenie się populacji w centrum, a nade wszystko niepokojący każdego konserwatystę wzrost autonomii i podmiotowości jednostki.

Mamy dwie możliwości. Pierwsza – bycie zapleczem taniej pracy i obciążających środowisko faz produkcji dla gospodarki niemieckiej, jej platformą podwykonawstwa (gdyż płace stanowią u nas jedną czwartą płac niemieckich). Byłoby to nawiązanie do tradycji Cesarstwa Niemieckiego, z tą różnicą, że teraz przemysłowego (my produkujemy kadłuby np. autobusów, Niemcy uzbrajają je w nowoczesny napęd, nam pozostaje produkcja standardowych okien, niemieckie firmy wykorzystują najnowsze materiały). Młodsi cywilizacyjnie bracia Słowianie zachowają swój status w rodzinnej Mitteleuropie. Druga możliwość wymagałaby ziszczenia się cudu nad Wisłą. Oznaczałaby przeprowadzenie programu reindustrializacji, a więc zastosowanie w procesach produkcyjnych robotyki, sztucznej inteligencji, nanotechnologii i odejście od dobrobytu opartego na wzroście gospodarczym wykorzystującym węglowodory jako źródło energii. Symbolem tego byłaby rewolucja energetyczna, tzw. zielony kapitalizm. Motorem napędowym tej nowej fazy rozwoju przemysłu byłby sektor naukowo-techniczny. O skali trudności mówi niemiecka infrastruktura innowacyjności. Zapewnia ją rozbudowane zaplecze badawczo-rozwojowe, wspierane finansowo przez państwo. To dzięki niemu niemiecki przemysł charakteryzuje się wysoką jakością dóbr inwestycyjnych, zachowuje kluczowe gałęzie przemysłu w kraju i specjalizuje się w takich produktach wysokiej techniki, które niełatwo naśladować bez nowoczesnej bazy przemysłu i wyspecjalizowanych kadr różnych specjalności.

Czy obóz władzy ukształtowany w realiach walki z Systemem, może podołać zadaniu kierowania procesem dalszej modernizacji? W polskich dziejach kombatanci poprzedniej epoki, przejąwszy władzę, organizują życie rodakom, walcząc z cieniami minionych wrogów. Rządzący Polską obóz władzy powstał w wyniku protestu klasy robotniczej, którą następnie pozostawiono samą sobie. Z niego wykluły się dwa bieguny koncentracji ideowo-programowej: PO i PiS. Obie formacje powstały w określonych realiach historycznych, wytworzyły wspólny obraz historii najnowszej i nowe kanony tożsamości (antykomunizm, sprowadzenie dziejów PRL do represji stalinowskich i roli UB, rusofobia, trzymanie się sutanny papieża Jana Pawła II, wiara w magię własności prywatnej, która nawet piasek miała zamieniać w złoto). Różnią się poglądami na kształt i funkcje państwa oraz taktykę, a nie strategię reprezentacji interesów klas społecznych.

Treść całego artykułu można przeczytać w piątkowym wydaniu DGP.

>>> Polecamy: Rewolucja kapitalistyczna możliwa także w Korei Północnej