W czasach, w których wiele uwagi poświęca się nierównościom, ubóstwu i zawodowemu mozołowi towarzyszącemu klasie pracującej, bezduszne może wydawać się zamartwianie problemami wykształconej elity. Istnieją jednakże ważne powody, by troskać się losami świeżych absolwentów uczelni. Po pierwsze, zdrowa gospodarka musi optymalnie wykorzystywać talenty – jeżeli inteligentni ludzie zostaną skierowani do bezproduktywnych lub niepotrzebnych zadań, to ich umiejętności i zasoby przeznaczone na ich kształcenie zmarnują się. Po drugie, jeśli wykształceni ludzie frustrują się z powodu dysfunkcjonalności systemu gospodarczego, mogą przekształcić swój ogromny talent i energię w zniszczenie tego systemu, prowadząc do powstania społecznych niepokojów.

Z tego powodu, gdy wykształceni millenialsi mówią o znudzeniu swoimi karierami, to politycy powinni ich słuchać. W niedawno napisanym eseju Anne Helen Peterson zwróciła na siebie uwagę opinii publicznej, charakteryzując doświadczenie „wypalenia” millenialsów oraz opisując własne doświadczenie trudnej kariery akademickiej i miażdżących kredytów studenckich.

Co właściwie dolega wykształconym młodym ludziom? Jednym z ich problemów jest to, że zbyt wielu próbuje zostać profesorami. Koniec ekspansji uniwersytetów u schyłku XX wieku, a także wysiłki szkół, które miały na celu zatrzymanie wzrastających w szybkim tempie kosztów, doprowadziły do niemal całkowitego zniknięcia pożądanych akademickich stanowisk z możliwością stałego zatrudnienia.

Doktoranci spędzają czas zaszyci w środowisku akademickim, gdzie sukces równa się profesurze. Ich wzorem do naśladowania i doradcami są profesorowie. Jednak wynikające z tego monomaniczne skupienie na uczelni sprawia, że często tracą kontakt z rozrastającym się światem satysfakcjonujących i lukratywnych stanowisk w sektorze prywatnym, zajmując zamiast tego niskopłatne stanowiska adiunktów albo trafiając na prekaryjne studia postdoktoranckie. W tym czasie ich studenckie pożyczki nie zostaną spłacone.

Jednocześnie dawniej pewne ścieżki kariery dla absolwentów studiów humanistycznych zacierają się. Zapotrzebowanie na prawników, dziennikarzy, nauczycieli i pracowników rządowych jest anemiczne i nie ma oznak jego wzrostu.

Reklama

System oferuje niewiele pomocy. Nie chodzi tylko o to, że wykształceni lądzie nie dostają pracy – w rzeczywistości stopa bezrobocia wśród nich wynosi tylko 2,1 proc.

Jednak ich kariery zbyt wolno rozwijają się. Oprócz wielu lat spędzonych w salach lekcyjnych zamiast na zarabianiu, młodzi ludzie zmuszeni są przeznaczyć wiele lat na poruszaniu się po przytłaczającej dżungli zawodów, które 10 lat temu nie istniały – jak marketingowiec ds. mediów społecznościowych, haker internetowego ruchu czy technik danych. Poza nieszczęsnymi uniwersyteckimi doradcami ds. rozwoju zawodowego, uproszczonymi stronami internetowymi oraz internetowymi forami nikt nie jest w stanie pomóc młodym ludziom poruszać się po tym labiryncie.

Świadomość utraty dużych zawodowych możliwości oraz frustracja spowodowana brakiem wiedzy, gdzie mogą trafić w przyszłości, mogą być jednymi z powodów, dla których millenialsi są tak mało zaangażowani w działalność organizacji, w których pracują. Z przeprowadzonego w 2016 roku przez Gallupa badania wynika, że 60 proc. młodych dorosłych była otwarta na zmianę zatrudnienia, natomiast 55 proc. stwierdziła, że nie angażuje się w pracę.

Brak wiedzy na temat tego, jak potoczy się kariera, może szarpać nerwy, szczególnie gdy na szyjach kolekcjonerów pożyczek studenckich zaczyna zaciskać się pętla. Koszty wspomnianych kredytów wzrosły nawet w relacji do zwiększających się pensji absolwentów wyższych uczelni.

Innymi słowy, wykształceni millenialsi potrzebują nie tylko pracy; potrzebują także pomocy w nakreśleniu zawodowej ścieżki, która umożliwi im społeczny awans i uzasadni wydatki na edukację.

Ale jak wytyczyć ścieżkę kariery w świecie, w którym charakter pracy zmienia się tak szybko? Należy wziąć pod uwagę nowe technologie i narzędzia pracy. Portale pośrednictwa zatrudnienia i rządowi badacze muszą połączyć siły, by naświetlić obiecujące ścieżki karier. Powinni następnie podjąć współpracę z akademickimi doradcami zawodowymi, by pomóc licencjatom i magistrantom wizualizować możliwe kierunki rozwoju. Nie gwarantowałoby to studentom awansu społecznego ani nie wytyczało ustalonej z góry zawodowej ścieżki, ale dałoby lepsze wyobrażenie tego, jak ich kariera może wyglądać i pomogło im ją zaplanować. Byłoby to szczególnie przydatne dla doktorantów, którzy bez tej pomocy mają zbytnią obsesję na punkcie środowiska akademickiego.

Można ponadto stworzyć nowe instytucje, które zapewniłyby młodym ludziom zamianę mobilności na bezpieczeństwo. Największe firmy mogłyby stworzyć programy dożywotniego zatrudnienia, takie jak tradycyjnie stosowane w Japonii, dla pracowników którzy nie mają nic przeciwko poświęceniu wynagrodzeń i mobilności dla bezpieczeństwa. Dla osób, które wolą skakać z jednego miejsca pracy do innego, rząd i agencje pośrednictwa pracy mogą wspólnie stworzyć coś na kształt duńskiego modelu elastycznego rynku pracy, który pomaga pracownikom płynnie zmieniać miejsce zatrudnienia.

Ostatecznie rząd może anulować część studenckiego zadłużenia millenialsów, które w tym momencie jest jego własnością. Zdjęcie z nich tego ciężaru doprowadziłoby do wzrostu długu publicznego, ale byłoby opłacalne, bo zwiększyłoby zarówno gospodarczą dynamikę, jak też poprawiło dobrostan pracowników. W przyszłości rząd powinien skupić się na wspieraniu systemu edukacji poprzez stypendia dla studentów o niskich dochodach, zamiast zachęcać ich do zadłużania się.

Są więc rzeczy, które można zrobić by pomóc wypalonym millenialsom. Alternatywą jest powstanie niezadowolonej armii inteligentnych, wykształconych i rozgniewanych młodych ludzi. Nie wróży to dobrze krajowi.

>>> Polecamy: Gospodarczy optymizm ma się ku końcowi. Czy gorsze nastroje przełożą się na konsumpcję?