Na mocy piątkowego porozumienia Białego Domu z Kongresem agencje rządu federalnego, które nie miały dotychczas uchwalonego budżetu, otrzymają środki wystarczające na normalne funkcjonowanie do połowy przyszłego miesiąca. 800 tys. pracowników federalnych zacznie znów otrzymywać wypłaty – zarówno 380 tys. osób wysłanych na przymusowy urlop (w tym większość pracowników NASA), jak i 420 tys. tych, którzy mimo braku wynagrodzenia musieli przychodzić do pracy (w tym agenci FBI).

Dla tej armii ludzi decyzja o przełamaniu impasu politycznego w Waszyngtonie jest zbawieniem, bowiem wielu zatrudnionych przez agencje federalne nie zarabia dużo jak na amerykańskie warunki. Z tego względu przez 35 dni zawieszenia działalności amerykańskie media rozpisywały się o rządowych pracownikach (nie tylko urzędnicy zostali dotknięci przez „government shutdown”), którzy robili, co w ich mocy, aby pospinać domowe budżety: niektórzy łapali się dodatkowej pracy, inni szukali pomocy w programach socjalnych. Jedna z urzędniczek zorganizowała aukcję swojego pierścionka zaręczynowego (rodzina zrzuciła się na wykup), inna postanowiła zebrać środki na życie na platformie crowdfundingowej.

Sytuacja wielu osób pogorszyła się na tyle, że w pierwszych dwóch tygodniach stycznia 35 tys. z nich zgłosiło się po zasiłki dla bezrobotnych. Prawo federalne przewiduje taką możliwość dla tych urzędników, których wysłano na bezpłatny urlop. Dodatkowo niektóre stany (m.in. Kalifornia, Kolorado i Vermont) na własną rękę podjęły decyzję, że o zasiłek mogą się też ubiegać ci, którzy wciąż przychodzą do pracy.

To zaczęło politycznie uderzać w Biały Dom i notowania Donalda Trumpa. Od chwili rozpoczęcia awantury o mur – prezydent zagroził wetem przepisów budżetowych dla części rządu (większość departamentów, np. ds. weteranów, drugi co do wielkości w rządzie federalnym, miało już uchwalone przepisy budżetowe wcześniej) o ile Kongres nie wyasygnuje środków na odgrodzenie się od Meksyku – notowania prezydenta zaczęły spadać.

Według portalu Fivethirtyeight.com, który agreguje różne sondaże opinii publicznej pozytywnie ocenia Trumpa 39,3 proc. Amerykanów – to najniższa wartość od stycznia ub.r. Największa od roku jest też grupa, która ocenia lokatora Białego Domu negatywnie – 56 proc. obywateli USA.

Punktów Trumpowi nie nabili też niektórzy przedstawiciele administracji, jak sekretarz handlu Wilbur Ross, który w zeszłym tygodniu wyraził zdziwienie, że sytuacja pracowników federalnych wzbudza tyle oburzenia. – Przecież mogą wziąć kredyt – zasugerował Ross, który przed objęciem funkcji sekretarza zgromadził pokaźny majątek, restrukturyzując firmy w tarapatach.

Nie ma gwarancji, że trzytygodniowe zawieszenie broni zakończy się trwałym pokojem: prezydent wciąż domaga się środków na budowę muru. W weekend na Twitterze pisał: „zbudujmy mur, przestępczość w dół” („build a wall and crime will fall”). Dla demokratów, którzy w listopadzie zdobyli większość w Izbie Reprezentantów (i kontrolują teraz uchwalanie budżetu przez izbę niższą Kongresu), fizyczna bariera na granicy z Meksykiem to czerwona linia, której nie chcą przekroczyć.

Możliwy jest jednak kompromis, który pozwoli obydwu stronom wyjść z konfliktu z twarzą. Byłyby to dodatkowe środki na ochronę południowej granicy, ale nie na budowę muru. Zamiast tego pieniądze w żądanej przez prezydenta wysokości (ok. 5 mld dol.) zostałyby przeznaczone na rozwiązania technologiczne, takie jak drony, kamery i centra monitoringu. Zresztą ślady takiego kompromisu zarysowały się już wcześniej, kiedy Biały Dom zamiast „muru” zaczął mówić o „stalowym ogrodzeniu” bądź „betonowych płytach”.

Na razie beneficjentami awantury o mur są demokraci, którym postawa prezydenta pozwoliła przejąć polityczną inicjatywę. Najbardziej dotkliwą, wizerunkową porażkę zadała Trumpowi przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi, która zapowiedziała, że bez trwałego finansowania dla rządu nie zaprosi Trumpa do Kongresu na coroczne orędzie o stanie unii (tzw. „state of the union”; prezydent miał je wygłosić jutro). Chociaż przemówienia wymaga konstytucja, to wcześniej prezydent musi otrzymać zaproszenie na Kapitol.

Ze wznowienia działalności rządu oprócz pracowników federalnych ucieszą się także zwykli Amerykanie, np. ci, którzy utknęli w kolejkach do kontroli bezpieczeństwa na lotniskach.

Odpowiedzialny za nie Urząd ds. Bezpieczeństwa Transportu (Transport Security Administration, TSA) donosił, że liczba pracowników na zwolnieniu wzrosła z przeciętnych 3,5 do 7 proc. Na niektórych lotniskach (np. w Atlancie) kolejki wydłużyły się do 90 minut, ale TSA uspokajało, że w większości przypadków sytuacja jest opanowana. Efekty „government shutdown” odczuli także właściciele niewielkiego biznesu. Ważna z punktu widzenia wspierania takich przedsiębiorstw Small Business Administration przestała przetwarzać wnioski o niskooprocentowane pożyczki, zmuszając jakąś część firm do poszukiwania droższych form kredytu. Problemy mieli też korzystający z dopłat do czynszów wydawanych przez Departament Mieszkalnictwa i Rozwoju Miejskiego, jak również właściciele domów na wsi zbudowanych za kredyty z Urzędu Domów Wiejskich (Rural Housing Service). Wnioski o wejście na giełdę przestała z kolei przetwarzać Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC), której większość z ponad 4 tys. pracowników została wysłana na przymusowy urlop.

Efekty zawieszenia działalności widzieli na własne oczy turyści odwiedzający Dystrykt Federalny, którzy wybierali się na spacer pod Pomnik Waszyngtona. Teren ten jest administrowany przez Agencję Parków Narodowych (National Park Service, NPS), którą także dotknął „shutdown”. W efekcie wywózka śmieci z wizytówki USA (czyli National Mall) odbywała się nieregularnie. 

>>> Czytaj też: W USA trudno znaleźć entuzjastów budowy polskiego Fortu Trump