Reakcja na pogardę Donalda Trumpa dla dyplomacji i soft power nie powinna powadzić w inną skrajność: do niedoceniania sił zbrojnych. Bez wojska miękka siła USA będzie znacznie mniejsza – pisze w opinii Hal Brands.

Prezydent Donald Trump ma prawdziwy talent do chwytania się złych pomysłów, które są później przedmiotem zagorzałej krytyki, a następnie po drugiej stronie w reakcji rodzą się kolejne złe pomysły. Spójrzmy na ostatni przykład dyskusji o relacji pomiędzy amerykańskim wojskiem i amerykańską dyplomacją.

Już od pierwszego dnia funkcjonowania administracja Donalda Trumpa z pogardą odnosiła się do dyplomacji oraz innych narzędzi tzw. miękkiej siły (soft power). W 2017 roku administracja ujawniła coś, co Mick Mulvaney, dyrektor ds. zarządzania i budżetu w gabinecie Trumpa, nazwał budżetem tzw. twardej siły (hard power). Chodziło o plan, wg. którego wydatki na wojsko ulegały zwiększeniu, zaś wydatki na Departament Stanu i pomoc zagraniczną ograniczono w stopniu paraliżującym.

W reakcji republikanie urzędujący na Kapitolu stwierdzili, że na dłuższą metę pomysł ten jest nie do utrzymania i Kongres w 2018 roku przeznaczył środki na kluczową inicjatywę U.S. International Development Finance Corporation, której celem było równoważenie chińskiego wpływu geoekonomicznego w regionie Indo-Pacyfiku.

Mimo to administracja Trumpa kontynuowała swoje próby odbierania miliardów dolarów z budżetu dyplomacji i pomocy zagranicznej, wzywając ostatnio do cięć o wartości 4,3 mld dol. w ramach finansowania Departamentu Stanu oraz amerykańskiej Agencji Rozwoju Międzynarodowego.

Dodatkowo pełna wrogości i obojętności postawa Białego Domu wobec urzędników zajmujących się sprawami zagranicznymi spowodowała alarmujący drenaż mózgów i odpływ ludzi z Departamentu Stanu oraz innych agencji.

Jakby tego było mało, Biały Dom wypowiedział cichą wojnę Światowej Organizacji Handlu (WTO) oraz innym organizacjom międzynarodowym, dzięki którym Stany Zjednoczone mogły projektować swój wpływ na całym świecie.

To jawnie kontrskuteczne podejście do polityki zagranicznej wyjaśnia, dlaczego nawet kilku republikańskich sojuszników Donalda Trumpa sprzeciwiało się zaproponowanym przez prezydenta USA cięciom. Nie istnieje bowiem skuteczna strategia radzenia sobie z Chinami, Rosją, Iranem czy jakimkolwiek innym rywalem, jeśli nie może ona polegać na dobrze finansowanej dyplomacji i aparacie rozwojowym, który pomaga Waszyngtonowi w rywalizacji o geopolityczne i geoekonomiczne wpływy.

Wraz z tym, jak USA wchodzą w erę długotrwałej rywalizacji w przestrzeni gdzieś pomiędzy wojną i pokojem przeciw wielu przeciwnikom, takie struktury, jak Departament Stanu czy Agencja Rozwoju Międzynarodowego, a także Departamenty Handlu i Skarbu, w coraz większym stopniu będą się znajdować na pierwszej linii polityki Waszyngtonu, zaś amerykańskie wojsko będzie odgrywało kluczową rolę niejako w tle. To zasadnicza zmiana wobec ery z czasów po atakch na World Trade Center z 11 września 2001 roku, kiedy to działania wojskowe były dominującym elementem polityki USA w zakresie radzenia sobie z wrogiem.

Zatem całkowicie zasadnym jest domaganie się, aby Stany Zjednoczone zwiększyły inwestycje w narzędzia dyplomatyczne i rozwojowe. Na przykład senator z ramienia Partii Demokratycznej Elizabeth Warren zaproponowała, aby w ramach likwidacji deficytu miękkiej siły w czasie kadencji Trumpa zwiększyć zakres Służby Zagranicznej, stworzyć „dyplomatyczny odpowiednik programu ROTC” na amerykańskich uniwersytetach oraz podnieść liczbę stypendiów na studiowanie krytycznie ważnych języków obcych. To poważny i zbawienny pomysł.

Argument ten jednak staje się słabszy, ponieważ inni krytycy Trumpa są zdania, że amerykańska dyplomacja może być efektywna jeśli Waszyngton jednocześnie nie będzie inwestował w wojsko. W opublikowanym niedawno tekście redakcyjnym w „New York Times” czytamy, że częścią odnowionej dyplomacji musi być zakończenie „nieograniczonych, czasem bezmyślnych wydatków wojskowych”. Z kolei senator Bernie Anders wezwał do dramatyczynych cięć w wydatkach na obronność, co miałoby być w jego opinii częścią odwrotu USA od dotychczasowego „podejścia militarystycznego, które podważyło zaufanie do autorytetu wojskowego USA, sprawiło, że amerykańscy sojusznicy zaczęli kwestionować zdolność Waszyngtonu do przywództwa, wydrenowało budżet oraz skorodowało naszą własną demokrację”.

Tymczasem głębokim błędem jest myślenie, że zmniejszenie cienia amerykańskiej potęgi militarnej nie osłabi także zdolności dyplomatycznych USA. Widać to doskonale na przykładzie zarówno przeszłych sukcesów, jak i porażek amerykańskich polityk.

Obrońcy dyplomacji często powołują się na zakończenie zimnej wojny, a w szczególności na relacje prezydenta Ronalda Reagana i Michaiła Gorbaczowa, które mają być dowodem na wyższość zaangażowania nad konfrontacją. Zwolennicy dyplomacji zapominają jednak, że to właśnie wcześniejsza rozbudowa potencjału militarnego USA za kadencji Reagana i Jimmy’ego Cartera umożliwiły stworzenie lewara, który umożliwił działanie dyplomacji. Rozbudowa potencjału obejmowała również wysoce kontrowersyjne rozmieszczenie w Europie rakiet nuklearnych średniego zasięgu.

Podobnie umowa nuklearna z Iranem, pokazywana przez jej zwolenników jako zwycięstwo dyplomacji nad konfrontacją zbrojną. Ale umowa ta, bez względu na jej zalety i ograniczenia, była możliwa prawdopodobnie tylko dlatego, że wcześniej zastosowano wobec Iranu ostre środki przymusu, takie sankcje gospodarcze i groźba użycia siły. Sprawiły one, że Teheran był skłonny traktować proces dyplomatyczny na serio.

Niedobory w zakresie siły wojskowej zazwyczaj są powodem niższej efektywności dyplomacji.

W końcowej fazie wojny w Wietnamie porozumienia pokojowe z Paryża załamały się, ponieważ jedna ze stron – Północny Wietnam – chciała użyć siły wojskowej, aby obalić postanowienia, zaś druga ze stron – USA – nie była skłonna użyć siły, aby utrzymać postanowienia.

W latach 70. XX wieku ZSRR stał się znacznie mniej powściągliwy w promowaniu rewolucyjnych zmian w krajach rozwijających się, po części dlatego, że Moskwa dostrzegała zmianę czynników i przewag militarnych na swoją korzyść.

Historia pokazuje, że często potrzeba ciągłego zaangażowania amerykańskiej dyplomacji, aby przekuć siłę USA w pożądane rezultaty na poziomie polityki. Ale amerykańska siła wojskowa, a także domniemana wola do wykorzystania tej siły, w głęboki sposób wpływa na to, co można osiągnąć przy stole negocjacyjnym.

Dziś mamy do czynienia z żywą dyskusją, czy USA powinny zostać, czy też może wycofać się z Afganistanu. Niemniej iluzją jest myślenie, że jakiekolwiek porozumienie pokojowe nie będzie odzwierciedlało aktualnego i oczekiwanego stanu na polu walki.

W regionie Indo-Pacyfiku amerykańska zdolność do negocjacji korzystnych porozumień lub zdolność do utrzymania sojuszników i partnerów po stronie Waszyngtonu, będzie w bardzo dużym stopniu zależała nie od kreatywności amerykańskich dyplomatów, ale od tzw. twardej siły, która będzie ich wspierała.

Zatem tak, sprawmy, że odnowienie amerykańskiej miękkiej siły stanie się priorytetem, zadbajmy o to, aby nasze inwestycje wojskowe były mądre i strategiczne, szczerze przeanalizujmy co udało się jak dotąd osiągnąć dzięki interwencjom militarnym oraz co mogą one dla nas zdziałać w przyszłości.

Pamiętajmy przy tym, że dyplomacja jest nieodzownym uzupełnieniem siły wojskowej i rzadko kiedy działa, gdy staje się substytutem wojska.

>>> Czytaj też: Arktyka to Zatoka Perska przyszłości. Kto wygra bój o ten strategiczny region? [OPINIA]