Polski rząd na dzisiejszym szczycie unijnym znajdzie się pod silną presją krajów, które chcą przyspieszenia w zaproponowanej przez komisję Ursuli von der Leyen zielonej rewolucji. Jeśli ustąpi, będzie musiał z kolei zmierzyć się z gniewem central związkowych, które – tak jak Solidarność – sprzeciwiają się pomysłom Brukseli i zapowiadają „radykalne działania”. Warszawa do ostatniej chwili nie odkrywała kart. Mało prawdopodobny wydaje się jednak scenariusz ustępstw z jej strony. Tym bardziej że szacowany na 100 mld euro unijny fundusz na sprawiedliwą transformację, czyli wsparcie odejścia od wysokoemisyjnych źródeł energii – wciąż pozostaje propozycją, którą będą musiały zaakceptować wszystkie kraje UE. W tym te, które nie chcą zwiększać swoich zobowiązań finansowych w ramach Wspólnoty.

Mateusz Morawiecki może uzależnić zgodę na Zielony Ład von der Leyen właśnie od jednoznacznej zgody krajów, które są przeciwne dosypywaniu pieniędzy do kasy UE. Z naszych informacji wynika, że na wczesnym etapie rozmów o nowym funduszu sprawiedliwej transformacji przeciwne były m.in. Niemcy.

Przed szczytem polski rząd budował wrażenie dążenia do kompromisu. Sytuacja jest dla Warszawy w wielu obszarach niekorzystna. Po pierwsze brakuje szerokiej zgody w UE co do samej kwoty dotowania krajów takich jak Polska. Po drugie, nawet jeśli Morawiecki zablokuje Green Deal, nie uniknie kosztów związanych z trwaniem przy energetyce opartej na węglu. w przyszłości Polska zapłaci po prostu za drogie pozwolenia na emisję dwutlenku węgla. do tego na paliwa kopalne coraz trudniej będzie uzyskać finansowanie.

Wczoraj, tuż przed szczytem, szefowa KE zaprezentowała założenia Europejskiego Zielonego Ładu. To zaostrzenie celów klimatycznych (do 2030 r. redukcja emisji gazów cieplarnianych wzrośnie z 40 do – co najmniej – 50 proc. ). Będzie się to wiązać z rewizją systemu handlu pozwoleniami na emisję (ma być gotowa do czerwca 2021 r.). Zielony Ład to także m.in. nowa polityka podatkowa, prawo klimatyczne, strategia rozwoju offshore, inwestycje w zielone innowacje i mechanizm obciążania towarów importowanych do UE pod kątem ich śladu węglowego.

Na rozpoczynającym się dziś szczycie liderzy krajów UE wrócą do – przerwanej czerwcowym wetem Polski, Czech, Węgier i Estonii – dyskusji nad przyjęciem przez Wspólnotę celu neutralności klimatycznej do 2050 r. Jednogłośne przyjęcie takiego stanowiska jest dla nowej szefowej Komisji Europejskiej podwójnie ważne: byłby to pierwszy poważny sukces Ursuli von der Leyen w dziedzinie, która ma być dla niej sztandarowa, i symboliczne określenie roli UE jako światowego lidera zmagań ze zmianami klimatycznymi. Od czasu pierwszej próby przyjęcia deklaracji w sprawie neutralności klimatycznej zdanie zmieniła Estonia. Nie jest jednak jasne, czy uda się pokonać opór pozostałych trzech krajów. Choć Warszawa wydawała się zachęcona zwiększeniem proponowanych przez KE środków na transformację energetyczną z 35 do 100 mld euro.

Reklama

Wczoraj von der Leyen, ogłaszając przyjęcie przez kolegium komisarzy jej projektu Europejskiego Zielonego Ładu, podkreślała konieczność zapewnienia, by „nikt nie pozostawał z tyłu”. Powtórzyła, że KE chce zmobilizowania i wsparcia najbardziej narażonych branż kwotą 100 mld euro. – Ta transformacja albo będzie działała dla wszystkich i będzie sprawiedliwa, albo nie będzie działała wcale – mówiła.

Warszawa o kosztach zielonego ładu

Tłumacząc swoje ostrożne stanowisko w sprawie neutralności klimatycznej, rząd podkreśla, że proponowany przez UE wariant zielonej transformacji oznacza dla Polski wielkie koszty. Obecne szacunki mówią o nieco ponad 500 mld euro – z czego 200 obciąża samą energetykę. Politycy zapominają jednak wspomnieć o tym, że nie bardzo mamy wyjście, bo równie potężną cenę zapłacimy za politykę „business as usual”. Według wyliczeń Forum Energii z końca 2017 r. to utrzymanie dominującej roli węgla w energetyce stanowi najdroższy wariant polskiej polityki w perspektywie 2050 r. Jego koszt to ponad 550 mld euro, a po 2030 r. będzie on gwałtownie rosnąć. Niewiele mniejsze wydatki mają zgodnie z ich szacunkami wiązać się ze scenariuszami opartymi na dywersyfikacji źródeł bądź postawieniu na OZE (od 529 do 545 mld euro). Różnica na korzyść polityk zmierzających do zeroemisyjności może być jednak większa. Jeden z autorów raportu FE Andrzej Rubczyński zaznacza bowiem, że od czasu opracowania wyliczeń spadły koszty energii z OZE, przede wszystkim tej wiatrowej i słonecznej. Także w niedawnym raporcie przygotowanym przez organizację ekologiczną WWF wraz z Boston Consulting Group zauważono, że odpowiednio zaprojektowana strategia nastawiona na zeroemisyjność gospodarki, dzięki obniżeniu emisji i zużycia energii elektrycznej, może być tańsza (nawet o 120 mld euro) niż obecna polityka energetyczna Polski.

Na arenie krajowej rząd jest jednak pod presją, także ze strony własnego zaplecza, by blokować ambitny kurs Brukseli. Choć – jak wynika z sondaży – zdecydowana większość wyborców PiS wierzy, że zmiany klimatyczne mają miejsce, znaczna część z nich jest przeciwna propozycjom szybkiej dekarbonizacji. We wtorek do zablokowania neutralności klimatycznej wezwała rząd Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność”, grożąc, że zaakceptowanie propozycji KE w tej sprawie spotka się z „radykalnymi działaniami ze strony związku”.

Polska w tyle wyścigu

Bez względu na decyzję polityczną na szczycie UE biznes od dawna idzie w kierunku OZE. Kolejne banki wychodzą z finansowania węgla, a Europejski Bank Inwestycyjny nie będzie już wspierał gazu. Kraje naszego regionu liczą na wyjątkowe potraktowanie i możliwość dalszego opłacania infrastruktury gazowej. Bez tego surowca trudno będzie wyjść z węgla polskiemu ciepłownictwu. Niewykluczone, że uzyskamy derogację w polityce EBI. O tym, w jakim zakresie, okaże się po unijnym szczycie.

Gdy Polska przestawia się z węgla na gaz, ten w Unii staje się już passe. Unia mówi teraz o wodorze, i to zielonym, produkowanym ze źródeł odnawialnych, a nie niebieskim – z gazu. Intensywne inwestowanie w technologię przez najbliższe 10 lat miałoby dać szanse Europie na szersze wykorzystanie nowego paliwa (w przemyśle i transporcie, nawet lotniczym). Przemysł gazowy szansy na przetrwanie w Europie upatruje m.in. w technologii CCS, za pomocą której wyłapuje się dwutlenek węgla wytwarzany np. przez zakłady opalane węglem lub gazem, a następnie składuje się go pod ziemią. Technologia CCS jest na razie droga i według brukselskich szacunków jej wykorzystanie stanie się opłacalne, gdy pozwolenie na emisję tony CO2 na unijnym rynku będzie kosztować ponad 80 euro (obecnie 25 euro). Jednak w przyszłości, wraz z zacieśnianiem polityki klimatycznej Unii, taka cena nie jest wykluczona. Dlatego biznes, także polski, chce sam odchodzić od węgla, co pokazała m.in. niedawna decyzja PGE o nieprzystępowaniu do projektu budowy bloku węglowego Ostrołęka C.

Pieniądze z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji mogłyby pomóc Polsce zmniejszyć technologiczny dystans i sfinansować drogie badania np. w wodorze czy CCS, gdyby tylko nasz kraj dobrze te środki wykorzystał. Tymczasem Polska nadal liczy na tzw. neutralność technologiczną, która pozwoliłaby nam rozwijać gaz czy atom. Ponadto Polska uzależnia zgodę na neutralność klimatyczną m.in. od tego, na jakich zasadach i komu będą przydzielane środki z nowego funduszu. – I to będzie przedmiotem dyskusji na marginesie Rady Europejskiej: czy sposób konsumpcji tych środków będzie odpowiadał na naszą specyfikę – mówił dziennikarzom minister klimatu Michał Kurtyka. Warszawa będzie się domagać uwzględnienia czynników takich, jak inny punkt startu i polskie dziedzictwo w postaci 3 mln gospodarstw domowych ogrzewających się starymi piecami, a także niższe PKB per capita. Zwraca także uwagę na ryzyko wyprowadzki z Unii ciężkiego przemysłu pod naporem kosztów polityki klimatycznej – stąd nasze poparcie pomysłu tzw. cła węglowego (carbon border tax). Tymczasem nie do końca jeszcze wiadomo, ile krajów będzie uprawnionych do korzystania z nowego funduszu. A to wpłynie na pulę dla poszczególnych jego beneficjentów. ©℗

>>> Polecamy: Nadchodzi wielka zmiana na giełdzie. Spółki mogą stracić nawet 2,3 bln dol.