Są pierwsze osoby skierowane do obserwacji w Polsce. Zaczęło się od trzech studentów z Rzeszowa, którzy wracali w wizyty studyjnej w Wuhan – chińskim mieście, w którym pojawiła się choroba. Są też prowadzone obserwacje m.in. w Radomiu i Bydgoszczy. Na razie wirusa nie wykryto. Główną trudnością jest to, że objawy są bardzo podobne do grypy.

Działania profilaktyczne

Pomoc zaoferował Państwowy Zakład Higieny. Udostępni swoje laboratoria. Będzie w nich można przeanalizować próbki od pacjentów pod kątem obecności wirusa. Diagnostyka będzie prawdopodobnie możliwa od przyszłego tygodnia. Jednak eksperci przyznają, że nikt nie ma w tym doświadczenia, bo jest to nieznana dotąd mutacja wirusa.

Na razie są podejmowane działania profilaktyczne. Wczoraj resort zdrowia uaktualnił komunikat dla osób podejrzewających, że miały styczność z wirusem. Tłumaczy krok po kroku, co dokładnie zrobić, do kogo zadzwonić i na jaki adres się kierować. „Powinieneś zgłosić się do szpitalnego oddziału chorób zakaźnych, najbliższego Twojego miejsca zamieszkania” – informuje na stronie resortu rzecznik ministerstwa i załącza listę szpitali na terenie całego kraju.

Główne wskazania to: pobyt w Chinach w ciągu ostatnich 14 dni albo kontakt z osobą, która była tam w tym czasie przy jednoczesnym pojawieniu się objawów takich jak: temperatura ciała powyżej 38 st. C oraz kaszel, duszność.

Szpitale gotowe

Do szpitali zostały rozesłane wytyczne dotyczące postępowania – m.in. pacjent musi zostać umieszczony w izolatce, a personel medyczny mający styczność z osobą podejrzaną o zakażenie, w tym lekarze konsultujący, powinien być zabezpieczony w środki ochrony indywidualnej jednorazowego użycia.

Placówki dostały przypomnienie, że od zgłaszających się z podejrzeniem choroby nie jest wymagane skierowanie.

Szpitale, z którymi rozmawiał DGP, mówią, że nie wdrażały nowych procedur na wypadek koronawirusa. Tłumaczą jednak, że są gotowe na ewentualnie przyjęcie pierwszych pacjentów. – Pacjent zostanie odizolowany i poddany badaniom, jak w przypadku każdej innej choroby zakaźnej – mówi Katarzyna Brożek ze spółki szpitali Copernicus w Gdańsku.

Stanisław Rusek, rzecznik Szpitala im J. Strusia w Poznaniu, mówi, że od strony technicznej placówki są gotowe. – Problem może być ze specjalistami. To wirus, na temat którego wciąż mało wiadomo – dodaje. Najgorzej może być z szybką diagnozą.

Na obserwację

Wytyczne dotyczące postępowania z osobami zakażonymi koronawirusem dał też Główny Inspektorat Sanitarny. Stosują się do nich porty lotnicze czy straż graniczna.

– Postępujemy według nich od tygodnia. Zgodnie z nimi wszyscy pasażerowie podróżujący bezpośrednio z Chin, ale też z innych regionów występowania wirusa, mają obowiązek wypełnienia karty lokalizacyjnej, która dostarczy służbom sanitarno-epidemiologicznym informacji o tym, gdzie będą przebywać w ciągu najbliższych dwóch tygodni – mówi Piotr Rudzki, rzecznik PPL Porty Lotnicze.

Każda osoba z objawami choroby zostanie przebadana na lotnisku przez lekarza. W jaki sposób będą typowane? Personel linii lotniczej już na pokładzie ocenia stan zdrowia pasażerów. O każdym podejrzanym przypadku, czyli osobie, która ma kaszel, trudności z oddychaniem, poci się, informują przez radio służby danego portu lotniczego.

– Bywa, że na badania zgłaszają się sami pasażerowie. Są im poddawani, jeśli podróżują z regionów występowania wirusa, byli więc narażeni na kontakt z chorymi, ale i zwierzętami – dodaje Piotr Rudzki.

Służby sanitarno-epidemiologiczne działające na lotnisku decydują, co dalej z przebadaną osobą. Mogą skierować ją na obserwację do szpitala zakaźnego. – Tak się stało w przypadku trzech studentów podróżujących bezpośrednio z Chin. Zostali najpierw przebadani na lotnisku w Dubaju, gdzie przesiadali się na samolot do Polski. Potem, już w naszym kraju, zostali skierowani do szpitala na obserwację. Dwie osoby wypuszczono z niego od razu. Jedna pozostała dłużej – zaznacza Rudzki.

>>> Czytaj też: Xi Jinping: Wygramy walkę z „demonem” epidemii koronawirusa

opinia

Grypa może być bardziej niebezpieczna

Prof. dr hab. Krzysztof Pyrć z Uniwersytetu Jagiellońskiego

Ryzyko wybuchu epidemii w Polsce na pewno istnieje, ale na razie nie można na pewno stwierdzić, że tak się stanie. Bardzo niepokojące jest to, że wirus pochodzący od zwierząt zyskał możliwość przenoszenia się z człowieka na człowieka. Transmisja wirusa pomiędzy ludźmi została potwierdzona w Chinach, natomiast w Europie wydaje się być mało wydajna.

Koronawirusy są nam doskonale znane, gdyż co roku chorujemy na zakażenia wywołane wirusami z tej grupy – są one jedną z częstszych przyczyn przeziębienia. Naprawdę niebezpieczne dla nas są koronawirusy zwierzęce. Średnio raz na dekadę doświadczamy skutków przeniesienia się takiego koronawirusa na ludzi. W 2002 r. pojawił się wirus SARS-CoV, który w ciągu jednego sezonu zaraził ok. 8 tys. osób i spowodował śmierć ok. 800 osób. Nie jest do końca jasne, dlaczego tak się stało, ale można spekulować, że jest to wirus sezonowy, który najlepiej rozwija się w sezonie zimowym. W 2012 r. pojawił się wirus MERS – koronawirus zwierzęcy zdolny do zakażania ludzi. Jego głównym gospodarzem są wielbłądy, a występuje praktycznie wyłącznie na Półwyspie Arabskim. Chociaż powoduje on bardzo poważną i często śmiertelną chorobę u ludzi, na szczęście dla nas bardzo mało efektywnie przenosi się między ludźmi. Zakażenia występujące w Europie odnotowywane są praktycznie wyłącznie u osób, które wróciły z tych terenów. Niestety gatunek koronawirusa, który pojawił się w Wuhan, przenosi się między ludźmi. Nie wiemy jeszcze, jak efektywny jest ten proces w naszych warunkach klimatycznych.

Na razie liczby nie są przerażające – mamy ok. 4,5 tys. chorych i ok. 110 przypadków śmiertelnych. W skali kraju liczącego 1,4 mld mieszkańców to nie jest dużo – dla porównania wirus grypy corocznie zbiera żniwo w postaci kilkuset tysięcy osób. Na pewno należy bacznie obserwować sytuację.

>>> Czytaj też: Chiny żądają przeprosin od duńskiej gazety. Chodzi o publikację flagi z koronawirusem

rozmowa

To wirus, który przenosi się bardzo szybko

Grażyna Cholewińska-Szymańska, mazowiecki wojewódzki konsultant w dziedzinie chorób zakaźnych

Jak poważna jest to choroba?

Bardzo. Ma znamiona choroby zakaźnej o wysokim stopniu zagrożenia. Porównałabym jej zakaźność do eboli, SARS, gorączki zachodniego Nilu, czyli chorób występujących rzadko, ale pojawiających się w formie epidemii. W historii to była dżuma, cholera czy słynna hiszpanka, która doprowadziła do milionów zgonów.

Jak wypada porównanie z odrą, również zakaźną chorobą?

To jest nieporównywalne. Tutaj chodzi o zupełnie inny wirus, inny rozwój i przebieg choroby. O wiele groźniejszy. W tym przypadku śmiertelność jest wysoka i wynika z narastających w dramatycznie szybkim tempie objawów prowadzących do niewydolności oddechowej, jak przy zapaleniu płuc, ale w takim nasileniu, że w niektórych przypadkach uniemożliwiającej przeżycie.

Z czym w takim razie można porównać nowy wirus?

To historia podobna do eboli w latach 2013–2014. W Polsce nie było żadnego przypadku tej choroby. Ale dzięki wszczętemu wtedy przez WHO alarmowi przygotowaliśmy odpowiednie procedury, które teraz nam się przydają.

Nasz układ immunologiczny styka się stale z różnymi wirusami, więc jest przygotowany do walki z intruzami. Organizm umie się bronić przed tym, co znane, np. wirusem grypy, i nawet jeżeli nie chorujemy, to mamy mniej lub bardziej śladowe przeciwciała. Dramat wielkich epidemii bierze się stąd, że nasz system immunologiczny nie ma informacji o nowych wariantach wirusa. Dlatego w zetknięciu z nim organizm jest zaskoczony, przeżywa szok cytokinowy, którego następstwem jest ciężki stan kliniczny i szybko postępująca infekcja. Nie ma odporności skierowanej w stronę białek tej właśnie odmiany. Dlatego człowiek choruje bardzo ciężko. W przypadku hiszpanki chorowały osoby młode. Z doniesień z Chin wynika, że teraz umierają osoby raczej starsze, obciążone jeszcze innymi chorobami.

Jest na to lekarstwo?

Nie. I raczej trudno się go spodziewać. Pozostaje leczenie objawowe, łagodzące objawy.

Przy ilu przypadkach w Polsce można będzie obawiać się epidemii?

Już przy jednym. Obecnie jest kilka osób na obserwacji, ale nic nie wskazuje, żeby to był ten przypadek.

Ile może trwać stan zagrożenia?

Na to nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Mamy procedury monitorowania i kontroli przepływu choroby. Więc udaje się szybciej opanować rozwój choroby niż w przeszłości.

>>> Czytaj też: Władze Bawarii przyznają: Kontakt z pierwszym Niemcem zarażonym koronawirusem miało ok. 40 osób