Dyrektorzy szpitali i starsi lekarze narzekają, że młodzi nie bardzo się sprawdzają w kryzysowej sytuacji, boją się koronawirusa, uciekają na L4 lub opiekę nad dziećmi. Może ich źle kształcimy, nie uczymy, że bycie lekarzem nie polega tylko na tym, żeby wiedzieć, gdzie jest i jak działa wątroba.

Osobiście wychodzę z założenia, że ta pandemia trafiła się lekarzom jako szansa udowodnienia, że się nadają do tego zawodu. Jak żołnierze, którzy się szkolą, a wreszcie przychodzi moment, że mogą udowodnić, że nie na darmo brali żołd. Ostatnio widziałem mem, który mi się bardzo spodobał: młody medyk trzyma tablicę z napisem: Nie jestem bohaterem, to moja praca. Na tym właśnie polega robota lekarza, żeby opiekował się chorymi, także na COVID-19, chorobę bardzo zakaźną, ale nie najgroźniejszą, jaka może się przytrafić. I nie ma w tym żadnego bohaterstwa, jak o nim słyszę, to czuję się zażenowany. Stosujmy właściwą miarę do skali ryzyka. A czy faktycznie ci młodzi uciekali od zagrożenia? Mogę się odnieść tylko do szpitala, w którym pracuję i gdzie nie zauważyłem takiego zjawiska. Może jest tak, że media częściej i chętniej będą kolportowały informacje o tym, że ktoś zdezerterował, niż o tym, że robił, co do niego należało.

Ja nie powtarzam historii przeczytanych na portalach, tylko cytuję lekarzy.

W moim szpitalu na tzw. izbie covidowej, gdzie jest największe ryzyko zakażenia, pracują prawie wyłącznie rezydenci. I prawdą jest – wciąż to powtarzam moim kolegom – że w szpitalu nie ma skutecznej strategii chroniącej przed złapaniem tego świństwa. To jest możliwe w placówkach zakaźnych czy w szpitalach jednoimiennych, które są przygotowane na to, że każdy pacjent, który tam wchodzi, jest zakażony, więc personel od samego początku jest odpowiednio chroniony. W takim szpitalu jak nasz trzeba na własną rękę przygotowywać procedury – izolację pacjentów, środki ochrony osobistej. Staraliśmy się, ale to nas nie uchroniło przed zakażeniem. Kilkanaście osób z personelu zostało wyłączonych, musieliśmy na dwa tygodnie zamknąć oddział. I nie ma w tym nic dziwnego, każdy pracownik medyczny jest o wiele bardziej narażony na zakażenie tym czy innym patogenem niż statystyczny obywatel, bo jest większe ryzyko, że się z nim zetknie...

Więc może nic dziwnego, że te młode kadry, formowane w sytych czasach, boją się o siebie bardziej niż weterani kształceni w czasach PRL-u, kiedy brakowało leków, sprzętu, za to było zaufanie pacjentów do lekarzy.

Zgadzam się, że system nauczania lekarzy wymaga zmiany, ale trzeba pamiętać, że ich kształcenie znajduje się na liście zawodów regulowanych. A to oznacza, że największy wpływ na to, czego ich uczymy, w jakim wymiarze, zależy od resortu zdrowia, który to określa. On także reguluje to, ile godzin zajęć praktycznych powinien mieć przyszły medyk, ile seminariów czy wykładów. Uczelnia może to w jakimś stopniu modyfikować, dokładając np. godziny zajęciowe, ale jest to trudne z co najmniej dwóch powodów. Pierwszy to finanse. Według zgrubnych szacunków kształcenie przyszłego lekarza kosztuje ok. 40 tys. zł rocznie, przy czym dotacje resortów nauki i zdrowia nie pokrywają tego w całości. Każda uczelnia musi dokładać do tego z innych źródeł, np. z grantów, czyli środków z konkursów, jakie dostaje na projekty naukowe. To także pieniądze, jakie zarabiają naukowcy, świadcząc usługi, np. pisząc ekspertyzy, lub zyski naszej spółki medycznej, których część także jest przeznaczana na dydaktykę. Jakoś to się spina, ale kołdra jest krótka... To jeden kłopot. Drugi polega na tym, że studenci medycyny i tak są już bardzo przeciążeni, zwłaszcza ci, którzy mają bloki kliniczne, naprawdę trudno byłoby coś tam jeszcze wcisnąć. Trzeba by było zmienić całość podejścia i programy.


Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP.