Do niedawna normalność wyglądała tak: bank centralny trzymał stopy procentowe na poziomie nieco wyższym od inflacji. Ogólny poziom cen rośnie cały czas, ale jeśli polityka gospodarcza działała we właściwy sposób, to nikomu to specjalnie snu z powiek nie spędzało.

Gdy można podnieść ceny, jest łatwo. Przychody rosną. Części pracowników można dać większą podwyżkę, innym mniejszą, a tym, którzy nie zasłużyli, po prostu zostawić stawkę bez zmian. I nikt nie czuje się specjalnie poszkodowany. Mamy do spłacenia długi? Przykre, ale dzięki inflacji osiągamy nominalnie wyższe przychody, więc dotkliwość zadłużenia realnie stopniowo maleje. To ważne dla państw i bacznie śledzonego wskaźnika długu publicznego do PKB (im większa nominalnie gospodarka, tym niższy wskaźnik). Równocześnie stopy powyżej inflacji sprawiają, że ci, którzy mają oszczędności, mogą liczyć na przyzwoite wynagrodzenie. A po długi sięgają ci, którzy będą w stanie spłacać i raty, i odsetki.

Tak było normalnie, ale przyszły kryzysy i najpoważniejsze banki centralne na świecie zaczęły eksperymentować ze stopami na poziomie zerowym albo nawet ujemnym. Japończycy do zera zeszli pod koniec lat 90., gdy już prawie od 10 lat zmagali się ze stagnacją – po kilku dekadach szybkiego wzrostu gospodarka nagle stanęła w miejscu (i do tej pory nie ruszyła za mocno). Amerykanie – najpierw na początku lat 2000., gdy pękła bańka internetowa i trzeba było pomóc przeżywającym duże kłopoty funduszom inwestycyjnym. Kolejny raz „po Lehmanie”, czyli w czasie kryzysu z lat 2008–2009. Trzeci raz „po Covidzie”. W strefie euro zerowe stopy obowiązują od 2016 r. Szwajcaria do zera zeszła w 2011 r., a poniżej w pamiętnym dla frankowiczów styczniu 2015 r. (pierwsi ujemną stopę wprowadzili Szwedzi – jeszcze w 2009 r.; dotyczyła depozytów banków komercyjnych w banku centralnym; podobna stopa u nas jest dziś na poziomie zerowym).

Reklama

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP