Wprowadził natomiast rozróżnienie między „dobrym” i „złym” deficytem budżetowym, wyjaśniając, że ten „dobry” ma charakter cykliczny, a „zły” – strukturalny; a potem wprowadził kolejną kategorię – deficytu tymczasowego, który w przyszłości zostanie zmniejszony w efekcie szybszego wzrostu gospodarki.

Niemcy bez długu

W teorii wszystko się zgadza. W praktyce są powody wątpić, czy podejmie on jakikolwiek wysiłek pozbycia się deficytu – złego czy dobrego. Można bez końca dyskutować o relatywnych zaletach legalistycznego stanowiska Niemiec wobec deficytu czy alternatywnego podejścia prezydenta Sarkozy’ego. Niezależnie jednak od tego, które stanowisko się popiera, wypada się chyba zgodzić, że wybór przez dwa największe kraje strefy euro przeciwnych kierunków w polityce budżetowej to nie jest dobry pomysł.

Faktycznie może się okazać, że destabilizuje to strefę euro. Niemcy dążą w długiej perspektywie do zmniejszenia do zera długu publicznego: wynika to z przyjętego ostatnio konstytucyjnego zapisu o zrównoważonym budżecie. Być może nie od razu wyczuwa się, że stałe przestrzeganie równowagi budżetowej doprowadzi ostatecznie do likwidacji długu publicznego. Ale tak właśnie będzie.

Właściwie nowy przepis ustanawia górny limit deficytu na poziomie 0,35 proc. produktu krajowego brutto w okresie cyklu koniunkturalnego. Gdyby wielkość deficytu (skorygowana wahaniami cyklu) rok po roku utrzymywała się na tym poziomie i gdyby nominalne tempo wzrostu produkcji wynosiło w tym czasie 4 proc., to po jakimś czasie relacja długu publicznego do PKB ustabilizowałaby się na poziomie nieco poniżej 10 proc. Jeśli zatem konstytucyjny zapis będzie przestrzegany, w długim terminie zadłużenie publiczne w Niemczech powinno się uplasować między 0 a 10 proc. PKB.

Reklama

Problem z oszczędnościami

Niemcy to kraj z dużą nadwyżką w bilansie rozrachunków bieżących, czyli przewagą krajowych oszczędności nad inwestycjami: w 2008 roku wyniosła ona 6,6 proc. PKB, a rok wcześniej – 7,6 proc. Nie ma się więc co dziwić, że w niemieckie banki tak silnie uderzył kryzys finansowy. Musiały one te ogromne kwoty nadwyżek oszczędności lokować za granicą. Kupowały więc papiery wartościowe, bazujące na amerykańskich kredytach mieszkaniowych i powiązane z nimi instrumenty pochodne.

Tego błędu banki już nie powtórzą, nadal jednak będą mieć problem z nadwyżkami oszczędności. Jeśli niemiecki dług publiczny będzie malał, znów będą musiały je inwestować za granicą, bo z czasem, w miarę wykupu wyemitowanych już obligacji skarbowych, ich podaż będzie się kurczyć.

I tu właśnie pojawia się „zły” deficyt prezydenta Sarkozy’ego. W Niemczech większość zarządzających oszczędnościami, w tym fundusze emerytalne, będzie chciała inwestować je w rządowe papiery dłużne denominowane w euro – co oznacza w praktyce papiery francuskie, ponieważ w Europie nie ma innego tak dużego i rozwiniętego rynku obligacji państwowych. W efekcie może się pojawić francuska wersja przywileju, z którego dotychczas korzystały USA.

Finansowanie sąsiada

Jeśli więc Niemcy będą zmierzać ku redukcji deficytu, a Francja – ku jego zwiększeniu, wynikiem tego będzie pojawienie się poważnej nierównowagi. Dla Francji finansowanie deficytu sektora publicznego będzie coraz łatwiejsze, gdyż niemieccy oszczędzający nie będą mieli innego wyjścia niż kupno francuskich instrumentów dłużnych. Wpadną więc w pułapkę francuskiego długu – tak jak Chińczycy wpadli w pułapkę zadłużenia amerykańskiego.

Oznacza to, że Niemcy czekają dwa kolejne ciosy. Pierwszy wynika z poświęcenia wzrostu gospodarczego na rzecz wyzbycia się na zawsze deficytu budżetowego. Przedsmak tego mieliśmy w zeszłym tygodniu, gdy Klaus Zimmermann, prezes Niemieckiego Instytutu Badań Ekonomicznych, opowiadał się za podwyżką stawki VAT z 19 do 25 proc. Takie posunięcie byłoby oczywiście katastrofalne dla wzrostu gospodarczego. Jednak w sensie ściśle technicznym ma on rację: skoro Niemcy chcą za wszelką cenę zlikwidować do 2016 roku strukturalny deficyt, nie da się uniknąć drastycznych środków. Kanclerz Angela Merkel twierdzi wprawdzie, że nie podniesie stawki VAT, ale będzie musiała albo podnieść inne podatki, albo obciąć wydatki. Politycznie pierwsze z tych posunięć byłoby łatwiejsze niż drugie.

Gdy już, przy ogromnych kosztach ekonomicznych, równowaga budżetowa zostanie osiągnięta, niemieccy oszczędzający odczują drugi cios w postaci marnego zwrotu z inwestycji. Nadwyżki ich oszczędności będą przecież wspierać politykę gospodarczą Sarkozy’ego – i tę dobrą, i tę złą i brzydką.

Skutki nierównowagi

Ile to może potrwać? Nierównowaga może się utrzymywać długo, ale nie może trwać wiecznie. Czegoś trzeba będzie się pozbyć. Być może przyszli niemieccy politycy znajdą sposoby obejścia prawa o zrównoważonym budżecie. Może zgromadzą większość 2/3 głosów, potrzebną do jego uchylenia. A może prezydent Sarkozy czy jego następcy pójdą w ślady Niemiec i też zaczną likwidować deficyt. Jeśli jednak nie zajdzie żadna z tych trzech okoliczności, Niemcy mogą dojść do wniosku, że przy uczestnictwie w unii walutowej jednostronne wprowadzanie rygorów budżetowych okazuje się nadzwyczaj kosztowne.

Dla trwałości strefy euro nie byłoby oczywiście korzystne, gdyby jedno z jej dużych państw członkowskich uznało, że ma uzasadniony powód ekonomiczny, by ją opuścić. Jeśli więc zarówno Niemcy, jak i Francja naprawdę zrobią to, co obiecują, to właściwie można zacząć odliczanie.

Więcej wiadomości z Financial Timesa w serwisie "Financial Times w Forsalu".

Źródło nieznane