Niespecjalnie się tym jednak przejęto, bo gdyby się przejęto to dolar nie miałby prawa się umocnić, a popyt na aukcji obligacji nie byłby taki duży, jaki w czwartek rzeczywiście był. A jednak nastroje na rynku akcji nadal były bardzo słabe. Winiono za pogorszenie giełdowej koniunktury Bena Bernanke, ale ja mam co do tego duże wątpliwości. O tym jednak niżej.

Opublikowane w czwartek dane makro były niejednoznaczne i w żadnym wypadku nie mogły się stać poważną zachętą do kupowania akcji. Czerwcowa sprzedaż detaliczna była bardzo słaba. Ogółem wzrosła jedynie o 0,1 proc., m/m, a co bardziej istotne sprzedaż bez samochodów nie zmieniła się. Dane nieznacznie jedynie odbiegały od prognoz i dlatego rynek przyjął je spokojnie. Inflacja PPI spadła w czerwcu o 0,3 proc., czyli mocniej niż oczekiwano, ale bardziej istotna inflacja bazowa wzrosła o 0,3 proc. m/m (też mocniej niż oczekiwano). To też niczego nie wnosiło do obrazu sytuacji. Tygodniowy raport z rynku pracy był jednak wyraźnie lepszy od prognoz. Ilość nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w ostatnim tygodniu wzrosła o 405 tys. (oczekiwano 415 tys.). Spadła też średnia 4. tygodniowa.

Zachowanie rynków tłumaczono sobie reakcją na wypowiedzi szefa Fed. Ben Bernanke przedstawił przed Komisją Bankową Senatu USA ten sam półroczny raport na temat polityki monetarnej, który przedstawił w środę w Izbie Reprezentantów. Pytanie były oczywiście inne. Według mnie Bernanke nie powiedział nic nowego, ale w komentarzach znajduję wyrazy rozczarowania. Owszem powiedział, że Fed nie jest przygotowany do skupu obligacji, a inflacja od końca 2010 roku wzrosła i obraz jest bardziej złożony niż przed uruchomieniem QE2.

Przypominam jednak, że w środę mówił praktycznie dokładnie to samo. Twierdził, że Fed bada nie testowane jeszcze metody pobudzenia gospodarki (więc nie skup obligacji), które uruchomi jeśli inflacja będzie niska, a ożywienie ślamazarne. Też mówił o inflacji i zapowiadał, że powoli presja inflacyjna będzie się zmniejszała, a jeśli tak się nie stanie to Fed będzie reagował zacieśniając politykę monetarną. Nie było więc praktycznie żadnej różnicy w wypowiedziach, a rynek podobno poczuł się nimi rozczarowany. Proszę w to nie wierzyć. Po prostu w środę rynek chciał odbicia. Niespecjalnie się ono udało, więc w czwartek gracze skorzystali z byle pretekstu do sprzedawania akcji.

Na rynku akcji drożały akcje JP Morgan. To był pierwszy duży bank amerykański, który opublikował raport kwartalny. Wyniki były lepsze od oczekiwań. Indeksy rozpoczęły sesję od zwyżki, ale rzeczywiście po wystąpieniu szefa Fed gracze skorzystali z pretekstu i niedźwiedzi zaatakowały. Być może jakiś wpływ miały też ciągle nie przynoszące rezultatu kłótnie polityków w sprawie podniesienia limitu zadłużenia USA. To jednak wątpliwe, bo gdyby rynek się rzeczywiście tego bał to mocno traciłby dolar, a on zyskiwał. Indeksy zabarwiły się na czerwono, a szczególne słaby był NASDAQ. Przełamanie w dół przez indeks S&P 500 średniej 50. sesyjnej przyśpieszyło wyprzedaż. Przed znaczną przeceną broni S&P 500 już tylko linia szyi podwójnego dna (1.298 pkt.).

Reklama

GPW rozpoczęła czwartkowa sesję od niewielkiego, ale potem ciągle się pogłębiającego spadku. Przed południem byki zaczęły opanowywać sytuację naśladując zachowanie innych rynków europejskich, ale aukcja włoskiego długu znowu indeksy obniżyła. Przed publikacją amerykańskich danych makro straty zostały delikatnie zredukowane, po niej indeksy ruszyły w dalszą drogę na północ, ale po wystąpieniu szefa Fed znowu się osunęły i WIG20 stracił 0,74 proc. Wszystko bez emocji i przy bardzo niskim obrocie. Typowy letni handel, a sesja była bez znaczenia prognostycznego. Ostrzegam jednak przed jednym: porozumienie polityków w USA (uważam, że do niego dojdzie) w dowolnym momencie może doprowadzić (niekoniecznie dzisiaj) do dużych zwyżek.