Publikacja danych z Ameryki napędziła trochę strachu inwestorom po obu stronach oceanu, ale do przeceny nie doprowadziła. Powstrzymała jedynie byki w Europie i zniechęciła amerykańskich graczy do kontynuacji ruchu w górę. S&P500 zniżkował o 0,05 proc., ale był to spadek już czwarty z rzędu. Korekta ma na razie rozmiar symboliczny. Uszczknęła indeksowi zaledwie 0,1 proc., ale może przybrać na sile, gdy pojawi się kolejny impuls.

Przedpołudniową hossę w Europie można uznać za odreagowanie poniedziałkowych spadków, jak i jako reakcję na wyniki unijnego szczytu. W tym drugim przypadku to raczej westchnienie ulgi. Szczyt toczył się w przyjacielskiej atmosferze (jeśli nie liczyć naburmuszonych jak zawsze Brytyjczyków i kapryszących Czechów), ale tradycyjnie zakończył brakiem konkretów.
Pakt fiskalny zacznie obowiązywać za rok, pod warunkiem, że podpisze go przynajmniej 12 państw strefy euro. Wymóg niewygórowany i sugerujący, że mogą być kłopoty z przepchnięciem go na szczeblu krajów. Ciekawie byłoby, gdyby nie podpisały go kraje z grupy PIIGS. Praktycznie nie ma to znaczenia, bo oceniając ich dotychczasowe osiągnięcia, szanse, by były w stanie wymogi paktu wypełnić są niewielkie. Przykładem jest Grecja, która jeszcze nie wykorzystała pierwszego pakietu pomocy i jest w trakcie walki o drugi, a już wyciąga rękę po trzeci. Ustalono, że Europejski Mechanizm Stabilizacyjny ma zacząć działać w lipcu, ale umową w tej sprawie politycy zajmą się na następnym szczycie. Wiadomo, że będzie dysponował 500 mld euro. Nie wiadomo skąd je weźmie.

Podobno dziś możliwe jest ogłoszenie porozumienia Grecji z prywatnymi wierzycielami. Podobno zakładać ma ono zgodę na darowanie ponad 70 proc. długów. Grecja już się cieszyła. Indeks w Atenach zyskał wczoraj ponad 6 proc. Ciekawe w jaki sposób okażą radość akcjonariusze banków, które będą łykać tę pigułkę. Reakcja agencji ratingowych jest łatwa do przewidzenia. Najpierw uznają Grecję za kraj częściowo niewypłacalny, a później znów wezmą pod lupę banki.

Dziś inwestorzy będą się emocjonować analizą wskaźników aktywności przemysłu od Chin, przez Europę po USA oraz szacunkami zmiany zatrudnienia za oceanem. W przypadku Chin już wszystko jasne. Prawie, bo można sobie wybrać wersję rodzimą wskaźnika, wynoszącą 50,5 punktu i liczoną przez niezależną firmę Markit, według której wynosi on 48,8 punktu. W każdym razie w obu przypadkach mamy do czynienia z niewielkim jego wzrostem.

Nikkei wzrósł o 0,1 proc., a na godzinę przed końcem handlu wskaźniki w Szanghaju zniżkowały po 0,8-1 proc. Kontrakty na amerykańskie i europejskie indeksy, spadające po 0,1-0,3 proc., sugerują nienajlepszy początek sesji. O jej przebiegu decydować jednak będą dane makroekonomiczne.