Bruksela wycofuje się z kontrowersyjnego od początku pomysłu narzucania przedsiębiorstwom notowanym na giełdach obowiązku zwiększenia do 40 proc. udziału kobiet w radach nadzorczych.
W kolegium komisarzy tylko 11 z 27 popiera propozycję odpowiedzialnej w Komisji Europejskiej za wymiar sprawiedliwości Viviane Reding. Co więcej, wczoraj odłożono głosowanie do 14 listopada, po tym jak się okazało, że koncepcja jest sprzeczna z prawem unijnym. Nowa, nad którą pracuje KE, będzie rozwodniona i zostanie w praktyce jedynie cieniem tego, co pierwotnie proponowała Reding.
– Musimy teraz skoncentrować się na określeniu procedur, które pozwolą zwiększyć udział w zarządach spółek kobietom – mówi DGP Mina Andreeva, rzeczniczka komisarz ds. wymiaru sprawiedliwości.
Reding pierwotnie chciała, aby spółki, które nie dostosują się do nowych przepisów (kwoty w radach), zostały obłożone wysokimi karami. Dodatkowo straciłyby dostęp do rynku zamówień publicznych. Ostatecznie projekt został znacznie złagodzony: wymiar kary pozostawiono do uznania każdemu z krajów Unii.
Mimo to przed wczorajszą debatą przeciw projektowi Reding opowiedziało się aż 11 spośród 27 komisarzy, w tym paradoksalnie aż pięć pań komisarz na czele z szefową unijnej dyplomacji Catherine Ashton i wpływową komisarz ds. telekomunikacji Neelie Kroes.
Do poparcia pomysłu Reding zdołała przekonać tylko siedmiu kolegów, choć wśród nich bardzo ważni, jak komisarze ds. gospodarczych i finansowych Olli Rehn i jednolitego rynku Michel Barnier.
Od początku urzędowania w 2004 r. ekipa Jose Manuela Barroso zawsze przyjmowała decyzje jednogłośnie. Teoretycznie aprobata jest też możliwa przez głosowanie, ale wówczas wymaga poparcia przynajmniej połowy kolegium komisarzy. Na to jednak wczoraj nie było szans.
Zdaniem większości komisarzy projekt dyrektywy jest niebezpieczny, bo w zbyt krótkim czasie narzucałby prawdziwą rewolucję w zarządach większości spółek. Dziś kobiety zajmują w tych gremiach w Unii zaledwie 13,7 proc. stanowisk.
Także w Radzie UE z tego powodu przeciwna pomysłowi Reding jest Wielka Brytania, która zdołała zdobyć poparcie siedmiu innych krajów. To by wystarczyło, aby zablokować ewentualny projekt dyrektywy przyjęty przez KE.
List z poparciem dla wprowadzenia kwot przesłał z kolei kilka dni temu na ręce Reding premier Włoch Mario Monti.
Słabością projektu jest to, że same instytucje europejskie przeważnie go nie wypełniają. W kolegium komisarzy kobiet jest dziewięć (na 27), czyli 1/3 składu. Jeszcze dalej do spełnienia minimum 40 proc. jest wśród wysokich rangą urzędników KE. W gronie dyrektorów generalnych Komisji kobiety stanowią 16 proc., a zastępców – 13 proc. Panie są również w zdecydowanej mniejszości wśród szefów misji UE na świecie.
Z respektowania kwot dla kobiet o wiele lepiej wywiązuje się Parlament Europejski, gdzie na czele komisji PE stoi więcej kobiet (14) niż mężczyzn (8). Na 14 wiceszefów PE tylko cztery to panie. Do tej pory szefowe wybieralnego Parlamentu Europejskiego były tylko dwie: Simone Veil (1979 – 1982) i Nicole Fontaine (1999 – 2002).
Tragiczna pod tym względem jest sytuacja w Europejskim Banku Centralnym. Do rady EBC właśnie został dokooptowany 23. mężczyzna (na 23 stanowiska), Luksemburczyk Yves Mersch. Ostatnią kobietę widziano tu w maju 2011 r., gdy odeszła Gertrude Tumpel Gugerell.
Alternatywną strategię poprawy pozycji kobiet w zarządach wprowadza z kolei Wielka Brytania. Opiera się ona na dobrowolnych zobowiązaniach firm oraz promocji wykształcenia biznesowego dla kobiet. Punkt wyjścia jest jednak trudny: w zarządach spółek wchodzących w skład indeksu FTSE 100 panie stanowią tylko 17,3 proc.
Z sondażu przeprowadzonego wśród kobiet pracujących w brytyjskich koncernach wynika, że tylko 4 proc. chce zostać członkiniami rad nadzorczych, 37 proc. chce być menedżerkami, a 17 proc. zadowala się stanowiskiem asystentki.