Forsal logo

Woś: Chęć wydawania pieniędzy dobra dla Europy

Rafał Woś dziennikarz działu życie gospodarcze świat
Rafał Woś dziennikarz działu życie gospodarcze świat/Dziennik Gazeta Prawna
Kiedy partia Angeli Merkel ogłosiła kilka dni temu swój program przed wrześniowymi wyborami do Bundestagu w mediach (również polskich), dało się odczuć pewien niesmak.

No bo jakże to? Rządzący chadecy reszcie Europy każą oszczędzać, a sami obiecują wyborcom prezenty z budżetu. Tymczasem, jak się nad tym głębiej zastanowić, to plany Merkel powinny nas raczej... cieszyć.

Przypomnijmy. Merkel zapowiedziała, że jeśli jej partia po wyborach pozostanie u władzy (a ma na to spore szanse), to w latach 2013–2017 przeznaczy na nowe inicjatywy kilkadziesiąt dodatkowych miliardów euro. Będzie realizowała nowe projekty infrastrukturalne, dofinansuje państwo opiekuńcze (chodzi głównie o pomoc dla rodzin z dziećmi) oraz zainterweniuje na rynku mieszkaniowym, bo niemieckie czynsze zaczęły w ostatnich latach mocno przyspieszać (a Niemcy to naród raczej mieszkania wynajmujący, a niekoniecznie je kupujący). Na te plany oburzył się natychmiast liberalny koalicjant z FDP („Merkel dała się uwieść trującej pokusie wydawania” – to cytat z wicekanclerza Roeslera). Ale również lewicowa opozycja i media. Nawet u nas w Polsce.

Tymczasem plany Merkel to jest dokładnie to rozwiązanie, którego od wielu miesięcy domagały się całe zastępy ekonomistów. Zwłaszcza tych spoza Niemiec. Bo Niemcy oszczędzające stały się w tym czasie koszmarem całej Europy. Nie tyle receptą na kryzys w strefie euro, ile główną ich przyczyną. Dlaczego? To proste. Niemiecki olbrzym, trzymając w ryzach swoje wydatki i płace (niemieckie pensje przez ostatnią dekadę w zasadzie stały w miejscu), stawał się zbyt konkurencyjny dla reszty Europy. Sprzedawał jej swoje dobre (i nie tak drogie, jak być powinny) towary, pompując zadłużenie takich krajów jak Grecja, Włochy czy nawet Francja. I jednocześnie za mało od nich kupował, bo krajowe oszczędności sprawiały, że zwykłym Niemcom zostawało w portfelach mniej. Aby dotrzymać im kroku, cała reszta Unii (a zwłaszcza strefy euro) nie miała innego wyjścia, jak kopiować niemieckie rozwiązanie. A więc mrozić płace i wydatki. Do tego doszła jeszcze w ostatnich latach uprawiana przez Merkel retoryka podnosząca zaciskanie pasa do miana wręcz cnoty kardynalnej. A te cięcia z kolei przyczyniały się tylko do podcinania popytu i pogłębienia recesji. Odczuwała to nawet Polska, choć w strefie euro wcale nie jest. I to, że polskie pensje od lat stagnują, ma również związek z tym, kto jest naszym najważniejszym partnerem handlowym.

Teraz widać jednak światełko w tunelu. To nie tylko te plany wyborcze Merkel, lecz także najnowsze statystyki, które pokazują, że w ostatnich 2–3 latach niemieckie płace wreszcie zaczęły rosnąć. W roku 2012 poszły w górę o 2,8 proc. (przy inflacji rzędu 2,1 proc.). To szybciej niż na przykład we Francji. W tym sensie nie ma co zżymać się na Merkel kupującą głosy wyborców wydatkami socjalnymi. Bo akurat tego Europa właśnie w tej chwili potrzebuje.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Rafał Woś
Rafał Woś

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność” oraz publicystą wydawanego przez NBP „Obserwatora Finansowego”

Zobacz wszystkie artykuły tego autoraRaport Draghiego na nic. Prawdziwy powód braku konkurencyjności UE? Polityka klimatyczna »
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj