Forsal logo

Woś: Co właściwie za Odrą myślą o trwającym kryzysie?

Rafał Woś dziennikarz działu życie gospodarcze świat
Rafał Woś dziennikarz działu życie gospodarcze świat/Dziennik Gazeta Prawna
Niemcy doskonale widzą, że ich antykryzysowe przywództwo irytuje resztę kontynentu. Co powinni z tym zrobić?

Przestać w kółko ględzić o interesie europejskim, bo przecież i tak nikt im nie uwierzy, tylko zacząć wreszcie śmielej artykułować swoje narodowe interesy. A nawet wyobrazić sobie Europę bez euro.

To nie jest moje zdanie. Tekst z taką tezą opublikowała kilka dni temu na łamach dziennika „Die Welt” pisarka i publicystka Cora Stephan. Na początek krótkie wyjaśnienie. Pani Stephan nie jest stałą uczestniczką tego typu sporów o Europę. Niemcy znają ją raczej jako eseistkę i przede wszystkim autorkę wziętych kryminałów (pisze je pod pseudonimem Anne Chaplet). Nie chodzi o to, by odmawiać jej prawa do zabierania głosu w ważnych publicznych sprawach. Przeciwnie. Bardzo dobrze, że pani Stephan napisała taki tekst. Bo prawdopodobnie (choć twardych dowodów na to nie ma) wyraziła w nim opinię, która chodzi po głowie wielu niemieckim obywatelom. Takim, którzy nie siedzą na co dzień w temacie europejskim. Nie wdają się w prowadzone na wyższym poziomie abstrakcji debaty o przyczynach obecnego kryzysu zadłużeniowego (czy gorszy grecki dług, czy raczej niemiecka nadwyżka?). Widzą tylko, że coś jest nie tak. I zastanawiają się, co dalej z Europą.

Linia argumentacji Cory Stephan biegnie mniej więcej tak: Niemcy są olbrzymem, który znalazł się w pułapce. Nie może przejąć pełni odpowiedzialności za europejskie antykryzysowe przywództwo.

Dlaczego? Bo po pierwsze, nie umie tego robić (historyczne epizody ich mocarstwowości trwały zawsze zbyt krótko, by mogli się tego nauczyć). A po drugie, reszta Europy tego nie chce. Prowadzona od 2010 r. polityka Merklonomii (nakłanianie Europy do zaciskania pasa i spłacania długów) została z hukiem odrzucona. Po co więc dalej samemu się unieszczęśliwiać? Niemcy powinni przestać myśleć o Europie w kategoriach nadrzędnego celu, któremu podporządkowana jest ich polityka, tylko zacząć rozmawiać z resztą Europy tym samym językiem, którym mówią Grecy, Włosi, Francuzi albo Brytyjczycy. Językiem własnego narodowego interesu. Jeśli coś z tego skapnie dla Europy, to dobrze. A jeśli nie, to przecież nie będzie tragedii. Bo kto powiedział, że taki projekt jak euro musi trwać wiecznie? Po co w nieskończoność bawić się zepsutą zabawką?

Tyle Cora Stephan. Można by polemizować z wieloma tezami tego niezwykle germanocentrycznego i w sumie dość bezrefleksyjnego wystąpienia (zainteresowanych odsyłam do tekstu „Polityka niszczenia sąsiada” z Magazynu DGP z 12–14 lipca). Ale nie o to tutaj przecież chodzi. Stanowisko pani Stephan nie oddaje tego, jak widzą europejski kryzys niemieckie elity polityczne czy nawet publicystyczne. Bo one są świadome, że czarno-biały obraz (dobrzy oszczędni Niemcy, złe rozpasane kraje PIGS) nie jest prawdziwy. Tekst Cory Stephan pokazuje jednak, że te same elity zawodzą w tłumaczeniu Niemcom paradoksów europejskiej integracji gospodarczej. I to nie jest dla całej Europy zbyt radosna wiadomość.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Rafał Woś
Rafał Woś

Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność” oraz publicystą wydawanego przez NBP „Obserwatora Finansowego”

Zobacz wszystkie artykuły tego autoraRaport Draghiego na nic. Prawdziwy powód braku konkurencyjności UE? Polityka klimatyczna »
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj