Z uwagą przeczytałem tekst pana premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego pt. „Czy sprywatyzowaliśmy system emerytalny?”. Autor stawia w nim dwie tezy. Pierwsza, sformułowana wprost, to zarzut, że OFE uwłaszczyły się na składkach. Teza druga, nieco bardziej zawoalowana, to coś jakby próba zdemaskowania knowań emerytalnego biznesu przeciwko własnemu rządowi. Jedna i druga, trzeba przyznać, są tak postawione, że uderzają w czułe struny: ekonomiczną (Oddajcie nasze pieniądze!) i patriotyczną (Jakże to tak denuncjować własny rząd wobec obcych?). Niestety obie tezy są fałszywe.

Rozumiem jednak silną pokusę wzbogacania przekazu medialnego o warstwę emocjonalną, bo dotychczasowa dyskusja o „reformie” OFE ukazała rząd w roli gangstera. Teraz więc rząd złapany za rękę mówi, że to nie jego ręka – próbuje obsadzić w roli gangstera PTE. Sam chce zaś wejść w buty szeryfa: skoro OFE się uwłaszczyły, czyli mówią: „Składki są nasze”, to teraz dobry szeryf, czyli rząd, zabierze złym kapitalistom, czyli zachodnim towarzystwom, i odda biednym Polakom, czyli ZUS.

Nie bronię OFE. Przyznaję, że w kilku punktach zgadzam się z Janem Krzysztofem Bieleckim. To prawda, że towarzystwa emerytalne bronią swojego biznesu, to prawda, że OFE nie są bez wad i o ich reformie trzeba rozmawiać, prawdą jest również, że II filar pełni funkcję publiczną, jaką jest zabezpieczenie społeczne osób w wieku poprodukcyjnym. Z tych wspólnych dla nas stwierdzeń wyprowadzam jednak odmienne od premiera Bieleckiego wnioski.

Merytoryczna debata o reformie OFE jest potrzebna. Trzeba dyskutować o zasadach inwestowania w dług publiczny (Czy i ile w obligacje skarbowe polskie? Czy również w obligacje zagraniczne? Co z inwestycjami w obligacje komunalne?), o regułach inwestowania w biznes, nie tylko w akcje spółek publicznych (Obligacje korporacyjne, private equity, derywaty?), o otwarciu funduszy na inwestycje infrastrukturalne, limitach inwestycyjnych w zagraniczne papiery wartościowe. O sposobach reglamentacji opłat za zarządzanie, o poprawie polityki informacyjnej funduszy, zwiększaniu konkurencyjności rynku funduszy przez edukację i tworzenie bodźców do świadomego, aktywnego wyboru przez ubezpieczonych zwiększającego presję konkurencyjną na PTE etc. To tylko niektóre z tematów do dyskusji – jest co reformować i o czym rozmawiać. Można też oczywiście rozmawiać o odejściu, w części bądź całości, od systemu kapitałowego. Ale nie można proponować rozwiązań, które naruszają konstytucję.

>>> Czytaj także: GPW: polityka inwestycyjna OFE jest zbyt surowa

Bronię debaty publicznej. Musimy najpierw ustalić, czy w dyskusji o OFE szukamy optymalnego systemu emerytalnego, czy sposobu na załatanie dziury w budżecie. Odpowiedź na to pytanie jest papierkiem lakmusowym wiarygodności argumentów rządu.

Zanim politycy wpadli na pomysł wyciągnięcia ręki po środki zgromadzone w OFE, ten sam pomysł testowali już niektórzy obywatele. Chcieli odzyskać środki, które wpłacili do OFE, względnie nie chcieli w ogóle płacić, twierdząc, że obowiązkowa składka do OFE narusza ich konstytucyjne prawo własności. Co powiedział Sąd Najwyższy? Postawił tamę takiemu rozumieniu, ochronił OFE przed rozmontowaniem od środka przez źle rozumiane prawo własności. Stwierdził, że „środki w OFE nie stanową prywatnej własności ubezpieczonego” – ale nie powiedział nigdzie, że nie stanowią elementu jego mienia, jego pozycji majątkowych, jego ekspektatywy. Jest w najlepszym razie ignorancją, a w najgorszym demagogią czy wręcz argumentacyjną perwersją używanie tych chroniących OFE wyroków SN jako argumentów za nacjonalizacją. Kiedy więc pada pytanie: „Czy środki w OFE są nasze?”, odpowiadam, że nie są nasze, ale są dla nas, dla ubezpieczonych. Na pewno nie są one dla polityków, ani nie są dla samych funduszy, nawet jeśli w sensie prawnym fundusze wykonują wobec nich prawo własności.

Bronię konstytucji. Pyta pan premier Bielecki: „Czy sprywatyzowaliśmy system emerytalny?”. Odpowiadam: nie. Wprowadzając filar kapitałowy, sprywatyzowaliśmy część zadania publicznego, jakim jest zapewnienie obywatelom zabezpieczenia społecznego w wieku poprodukcyjnym. Prywatyzacja zadań publicznych jest zjawiskiem częstym i zazwyczaj korzystnym. Dlatego właśnie przeżywamy współcześnie wzmożone zainteresowanie partnerstwem publiczno-prywatnym. Publiczny charakter zadania nie determinuje jednak własnościowego charakteru wykonawcy tych zadań. Wszak nie uznajemy za podmioty publiczne prywatnych przedsiębiorstw energetycznych, telekomunikacyjnych, transportu drogowego czy lotniczego, pomimo iż państwo nakłada na nie również – przez przymus kontraktowy – pewne funkcje publiczne.

Czy to znaczy, że jesteśmy skazani na OFE do końca świata? Niekoniecznie. Jeśli rząd chce dokonywać zmian, niech wprowadzi okresy przejściowe. Jeśli zechce zrewidować limity inwestycyjne – niech zrobi to na przyszłość, a nie wstecz. Jeśli chce dać prawo wyboru między ZUS a OFE, niech nie wprowadza automatyzmu i jednostronności migracji, ale pozwoli na świadomy wybór i możliwość zmiany decyzji. Jeśli rząd chce zabronić OFE nabywania obligacji skarbowych, niech ograniczenia wprowadza stopniowo, w zgodności z warunkami emisji sprzedanych już obligacji (pacta sunt servanda!). Z czasem obligacje rządowe dojrzeją i tak do naturalnego rozliczenia zgodnie z ustalonym terminem zapadalności. Ewentualne nadwyżki mogłyby być zbyte na rynku wtórnym, ale nieodzownym warunkiem jest rozłożenie operacji w czasie, aby nie doprowadzić do załamania rynku przez wymuszoną podaż.

Rewizje modelu zabezpieczenia emerytalnego są dopuszczalne, ale pod warunkiem poszanowania konstytucji – w tym prawa własności, ochrony praw nabytych, zaufania obywateli do państwa i prawa oraz zasady proporcjonalności. Tych wartości i zasad propozycje rządowe nie respektują.

Bronię swojej emerytury. W dyskusji pada argument o obowiązkowej naturze składek do OFE. Cóż jednak z tego, że składki są obowiązkowe? Obowiązkowe jest też ubezpieczenie OC – czy to znaczy, że polisa nie jest naszym aktywem i rząd może nam ją zabrać? Rząd uporczywie powtarza też, uzurpując sobie przy tym autorytet Sądu Najwyższego, że „pieniądze w OFE nie są nasze”. Co z tego, że nie są „nasze” w sensie cywilnoprawnym? Samochody w leasingu też nie są „nasze” – czy to znaczy, że rząd może nam je zabrać?

Konfrontacja, na którą gra rząd, to pytanie, czy lepsze są OFE, czy ZUS,? To nie jest dobrze postawione pytanie. We wprowadzonej w 1997 r. reformie chodziło przecież o dywersyfikację, atutem systemu dwufilarowego miało być właśnie to, że OFE i ZUS są różne. Mówimy o inwestycji na naszą starość – nie wkłada się wszystkich jajek do tego samego koszyka.

>>> Polecamy: Zmiany w OFE, czyli 7 najważniejszych pytań i odpowiedzi dotyczących reformy