Wtorkowe spotkanie Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku wywołało zainteresowanie i komentarze mediów na całym świecie. Na ogół na takich regionalnych szczytach, według Gazety Wyborczej, „wieje nudą”, jednakże tym razem spotkanie 21 krajów, w tym Chin, Rosji, Stanów Zjednoczonych i Japonii, miało na nowo określić porządek świata.

Chiny, Państwo Środka, do tej pory były osią własnego zainteresowania, swoje ambicje imperialne koncentrowały na budowaniu imperium gospodarczego i mocnej pozycji w regionie. Analitycy uspokajali, że ten kraj nie będzie się ścigać ze Stanami Zjednoczonymi o miano hegemona, że jest to obce jego rozumieniu świata. Wtorkowy szczyt według różnych komentatorów udowodnił jednak, że punkt widzenia zmienia się wraz z siłą ekonomiczną kraju. Głosy zgadzają się co do zmiany, jaka zaszła w podziale mocy na świecie, różnią się jednak co do oceny ich długofalowych skutków.

>>> Czytaj też: USA gonią Chiny i Europę. Waszyngton zainwestuje w Afryce 33 mld dol.

Chiński sen Xi Jinpinga

Olimpiada w Pekinie 2008 / ShutterStock

Wyborcza pisze, że minął czas trzymania się wskazówki Denga Xiaopinga, „by ukrywać swą jasność i czekać na swój czas”. Hasła prowadzące aktualnego prezydenta Chin bardzo się różnią od przykazań wielkiego reformatora i budowniczego dzisiejszej potęgi gospodarczej Chin. Xi Jinping głosi hasła o chińskim śnie i odrodzeniu Chin, których czas już nadszedł.

„Chiński sen” musi zrobić sobie miejsce na arenie międzynarodowej, na najwyższym podium jest tylko jedno miejsce. Szczyt APEC miał według Polska The Times stanowić okazję, by bez zbędnego wysiłku pokazać swoją wyższość i po cichu upajać się słabością amerykańskiego prezydenta. Mimo, że w spotkaniu wzięło udział 21 krajów, liczyła się tylko trójka. Pekin, Moskwa i Waszyngton.

Pozycję Amerykanów podkopuje mocno nieudana promocja demokracji na świecie – dziennik twierdzi, że z lektury chińskiej i rosyjskiej pracy wynika, że początek listopada to punkt zwrotny w długo przez nich zapewne wyczekiwanym powolnym upadku Stanów. Braku mocy dotychczasowego hegemona dowodzi bowiem zła sytuacja demokracji na Ukrainie, w Syrii, Libii czy Birmie. Odwiedziny Baracka Obamy i Wladimira Putina Chiny odbierały więc bardziej jako hołd lenny, niż spotkanie partnerów.

Stan Państwa Środka wydaje się przeczyć ideom, że demokracja najszybciej i najpewniej prowadzi do rozkwitu gospodarki. Chiny zaczynają tworzyć własne instytucje, w opozycji do dotychczasowych. Powstanie więc ich własny bank rozwoju, planują powstanie Strefy Wolnego Handlu Azji i Pacyfiku, w opozycji do wspieranego przez Amerykanów partnerstwa TransPacyfik, nadchodzi też nowy Fundusz Jedwabnego Szlaku, który otrzyma 40 mld dolarów z Chin. Ma to być kolejnym zastrzykiem dla infrastruktury regionu. Ten właśnie projekt zyskał miano chińskiego planu Marshalla. „Siedzącą na górze 4 bilionów dolarów rezerw dewizowych drugą gospodarkę świata na to stać” – zauważa Wyborcza.

Jak wskazuje Polska, Chiny myślą, że mogą kontrować Internet, dysydenci siedzą w więzieniach, demonstrantów z Hongkongu oficjalna propaganda potraktowała jak kukiełki na usługach zagranicy. Dziś w cesarstwie ma więc panować spokój. Gazeta zwraca też uwagę, że choć część byłych partnerów byłego ZSRR skończyła fatalnie, Husajn i Kadafi zapłacili głową za politykę niezgodną ze zdaniem Zachodu, a Kim Dzong Un jest bankrutem, to jednak syryjski dyktator radzi sobie nieźle. Krym radzi sobie wprawdzie źle, ale Rosji nikt go póki co nie zabierze.

>>> Czytaj też: Niemcy: W 2035 roku tylko chińskie produkty będą lepsze od polskich

Chińskie pieniądze - pomoc czy cyrograf?

Ordos, miasto duchów w Chinach / Flickr.com

Chiny chciały rozdać karty, pokazać, kto jest rozgrywającym, a kto jedynie graczem. Nowy, pekiński „Plan Marshalla” również ma swój azjatycki posmak. To bardziej cyrograf. Dziś bowiem daje pieniądze, podobnie jak USA zaoferowały je po wojnie krajom europejskim (i w którym Polska wielkodusznie nie wzięła udziału). Kiedyś jednak, jak wskazuje GW, mogą zażądać od sąsiadów, by wybrali, po której stronie chcą być, Chin czy USA. Chiny spierają się bowiem o bogate w surowce - ropę i gaz - archipelagi na morzu Południowochińskim ze swoimi biednymi sąsiadami, Wietnamem czy Filipinami. Jeśli sąsiedzi przyjmą pieniądze od Pekinu, ich pozycja negocjacyjna będzie dużo słabsza. Nic dziwnego, że te kraje akurat trzymają kciuki, wraz z Japonią i Indonezją, za dalsze zaangażowanie w tym regionie Stanów Zjednoczonych.

Jakie więc wnioski można wyciągnąć z zapowiadanego przez prezydenta Xi, „rozwoju nowego modelu relacji wielkich mocarstw, oparty na wzajemnym szacunku równych potęg”? Po pierwsze, szacunek rozumiany po chińsku, czyli brak ingerencji w politykę Pekinu wobec Tybetu, Hongkongu czy Tajwanu – komentator Timesa nazywa to chińską obsesją wobec swoich granic. Ważny jest też brak promowania niebezpiecznej w miliardowym państwie demokracji, szanowanie chińskiej przewagi na istotnych dla nich morskich szlakach. GW wskazuje, że to rezygnacja z obrony zasad wolności szlaków morskich. Stany również dostały coś od wielkiego brata, wzajemne otwarcie rynków na handel produktami wysokiej technologii.

Czy faktycznie szczyt to triumf formuły G2, współpracy i wspólnej troski dwóch światowych supermocarstw o ład na świecie? Nie. Tu akurat panuje zgoda. Financial Times skupił się na tym, czego nie ma, czyli braku uznania chińskich mediów dla sukcesu ustaleń ze Stanami. Nie jest też jasne, czy Chiny zaangażują się wraz z Obamą w walkę z terroryzmem w Iraku i Syrii, ponieważ mają swoich Ujgurów. Ci akurat terrorystami nie są, to mniejszość etniczna pochodzenia tureckiego na północnym zachodzie Chin, którzy reagują gniewem i demonstracjami na siłową i dyskryminacyjną politykę Chin.

Szczyt był więc pojedynkiem państw epatujących pewnością siebie, do czego niektóre miały prawo, jak Chiny, a inne to prawo sobie roszczą, jak starzejąca się, rozpijająca i bankrutująca Rosja, która wzorem Korei Północnej, cały państwowy skarbiec inwestuje w nowoczesną broń. Według Timesa, Ameryce brak jest tej wiary w siebie – jednak niesłusznie.

Niesłusznie, ponieważ Chiny i Rosja stoją na progu ogromnych, jak na skalę krajów przystało, problemów demograficznych i zdrowotnych. „Oba kraje znajdują się w rękach klasy złodziejskiej, której cynizm byłby groźny, gdyby w tak ogromnym stopniu nie przesiąkł złudzeniami” – pisze Polska The Times. W połowie XXI wieku USA będą natomiast młodsze i bardziej kosmopolityczne, zdaniem gazety, a „dzięki swojemu systemowi prawnemu i swobodom obywatelskim” staną się na nowo ziemią obiecaną dla talentów z całego świata. Do tego dołącza koniec uzależnienia od importu ropy z Bliskiego Wschodu.
Sytuacja dziś może sprawiać pozory słabych perspektyw dla dotychczasowego hegemona, to się jednak może zmienić. Widać więc podwójną narrację, których odmienna retoryka wypływa z innych kontynentów, na których powstają, różnic w potencjale gospodarczym i perspektyw zarobku. Stany są bogatym krajem od dawna, Chiny prawdziwy majątek zgromadziły w ciągu ostatniej dekady. Jak świeżo zdobyte pieniądze wpływają na empatię i odpowiedzialność za innych, wiemy także w Polsce.

>>> Czytaj też: Rośnie potęga juana. Osłabić go mogą jedynie Chiny