Papież Franciszek w swoim listopadowym przemówieniu w Parlamencie Europejskim stwierdził, że materialistyczna Europa stała się obojętna na ludzką godność i na „wartości transcendentne”. Pierwszy papież z Ameryki Łacińskiej porównał Europę do „wynędzniałej babci”.

Co najmniej od 100 lat Europa jest wdzięcznym tematem rozmaitych elegii z cyklu „Upadek Starego Kontynentu”. Pisanie elegii dla Europy stało się popularne szczególnie po I wojnie światowej – wówczas to chętnie sięgano po różne biologiczne metafory, aby opisać ten Kontynent. Jednym z najpopularniejszych tego typu „utworów” jest „Upadek Zachodu” niemieckiego konserwatysty Oswalda Spenglera. Autor ten postawił wówczas diagnozę, że europejska cywilizacja może upaść, a nawet jest śmiertelnie chora.

Spengler tłumaczył, że nowoczesna i zsekularyzowana Europa poświęciła siebie i cały świat prometejskiemu projektowi, wraz z ideologią ekspansji i wzrostu, a także kultowi pieniądza i siły. Niemcy zatem nie miały innego wyjścia i wpadły w objęcia kapitalizmu i imperializmu.

Papież Franciszek nie jest prowincjonalnym nacjonalistą jak Oswald Spengler, który chciałby ożywienia barbarzyńskiego wigoru i pokonania swoich przeciwników. Papież Franciszek reprezentuje raczej stary, europejski - religijny i etyczny - punkt widzenia, który dziś znaleźć można raczej poza Zachodem – wśród tych, którzy dopiero dążą do finansowej i politycznej stabilności, jaką osiągnęła większość Europejczyków.

>>> Czytaj też: Polska Afryką Europy. Transformacja była klasyczną neokolonizacją

Reklama

Papież Franciszek sytuuje się w opozycji do bezlitosnego darwinowskiego podejścia Europy, która jest dziś kierowana przez samolubne, polityczne i biznesowe elity. Co więcej, elity te nie są kontrolowane przez apatycznych wyborców oraz uzyskują akceptację ze strony inteligencji.

„W coraz większym stopniu jest nie do zaakceptowania, aby rynki finansowe kształtowały przeznaczenie człowieka, zamiast służyć realizacji jego potrzeb. Tak samo nie da się zaakceptować, że nieliczni zanurzają się bogactwie dzięki finansowej spekulacji, podczas gdy pozostali są mocno obciążeni konsekwencjami” – mówił papież wcześniej w tym roku.

Papież zdaje sobie sprawę, że cel osiągania prywatnego bogactwa zamiast zabezpieczać, zagraża wolności i godności ludzi. Franciszek sprzeciwia się zatem sekularnemu kultowi pieniędzy i władzy, który redukuje politykę do kilku proceduralnych aspektów, takich jak np. proces wyborczy, a który jednocześnie ignoruje jej moralny i duchowy wymiar. A to właśnie te moralne i duchowe aspekty są tym, co nowoczesna demokracja i liberalizm odziedziczyły z ideałów Chrześcijaństwa.

Gdy czytałem przemówienie papieża Franciszka ze Strasburga, przypomniały mi się prace Thomasa Manna. Ten niemiecki autor, pisząc je w trudnych dla Europy czasach, ostrzegał, że „demokrację musimy definiować jako formę rządów i formę społeczeństwa, które przede wszystkim znajdują inspirację w przekonaniu o godności człowieka”.

Mann chciał w ten sposób walczyć z cynizmem ludzi pokroju Oswalda Spenglera, który twierdził, że Niemcy muszą pozbyć się religii, sztuki i filozofii i zamienić „lirkę na technikę, pędzel na morze, a epistemologię na politykę”. Pod pewnymi względami Spengler przewidział to, co stało się w Europie Zachodniej podczas powojennego „cudu gospodarczego”, a potem w Europie Środkowo-Wschodniej po 1989 roku.

Wciąż jednak Europa nie zrobiła – i pewnie nigdy nie zrobi – wystarczająco dużo, aby na stałe zapewnić sobie dominującą pozycję w nowym porządku światowym. Kraje, które Europa kiedyś sobie podporządkowała, dziś mają swoje własne cele. Chiny pragmatycznie wykorzystały europejskie metody działania państwa narodowego i kapitalizmu, wyrastając zarówno na rywala jak i niezbędnego partnera gospodarczego dla Starego Kontynentu.

W tym samym czasie europejski horyzont gospodarczy stale się zawęża, a Kontynent nie może sobie poradzić – jak się zdaje – z nierozwiązywalnym kryzysem. Co bardziej niepokojące, w Europie nie ma dziś nikogo, kto tak jak zrobiono to po II wojnie światowej, odbudowałby Kontynent. Jean-Claude Juncker nie przypomina Jean Monneta, a w Angeli Merkel czy Francois Hollande nie ma nic z Konrada Adenauera czy Charlesa de Gaulle’a.

„Na naszych oczach maszeruje parada skorumpowanych hipokrytów, gangsterów z krótką szyją i przekupnych deputowanych” - lamentuje w swojej książce pt.: „Kłopoty z historią” polski myśliciel Adam Michnik. „Jeśli wyrosną nam cyniczni i apatyczni wyborcy, to dlatego, że dziś, w naszym świecie, nie ma wielkich idei wolności, równości i braterstwa” – dodaje Michnik.

Jedną z odpowiedzi na ten ogólnoświatowy impas materializmu jest „ślepa rebelia pokonanych, wykluczonych i zdegradowanych”. W Europie objawia się to wzrostem poparcia dla prawicowych partii, gdzie indziej zaś wybuchem powstań i wzrostem znaczenia ruchów autorytarnych.

Papież wyświadczył nam zatem przysługę, podkreślając, że świat wykreowany przez postchrześciajńską Europę pilnie potrzebuje świeżej wizji – być może takiej, która nie będzie całkowicie szydzić z „wymiaru transcendentnego”.

>>> Polecamy: To już koniec Europy, jaką znamy. Przed nami okres wielkich zmian