Wyrazem poprawy sytuacji jest poniedziałkowy drastyczny spadek rentowności greckich obligacji. Cały epizod związany z greckimi deklaracjami o chęci opuszczenia strefy euro jest jedynie pewnym przypomnieniem – choć prawo Unii Europejskiej opisuje wprowadzenie wspólnej waluty jako „nieodwołalne”, to inwestorzy nie są już tego tacy pewni. 

>>> Czytaj też: Grecja opuści strefę euro? Niemcy przygotowane na czarny scenariusz

Sytuacja poprawiła się m.in. dlatego, że bardziej pojednawczy ton przyjął Aleksis Cipras, najbardziej prawdopodobny zwycięzca najbliższych greckich wyborów parlamentarnych, które są zaplanowane na 25 stycznia. W czasie ostatniego weekendu Cipras obiecał, że utrzyma kraj w strefie euro i będzie się wywiązywał ze spłaty greckich długów. Z danych agencji Bloomberg wynika, że Grecja w marcu musi spłacić 5,6 mld euro. W styczniu Ateny muszą zapłacić 1,4 mld euro, a w lutym 2,8 mld euro.

Grecka odyseja fiskalna

Uspokajający wpływ na inwestorów miały także komentarze niemieckich polityków. Volker Kauder z partii Angeli Merkel CDU/CSU powiedział magazynowi „Focus”, że spekulacje o wyjściu Grecji ze strefy euro to „nonsens”, a powrót Aten do drachmy wzmocniłby spekulacje, że inne kraje także zechcą powrócić do swoich narodowych walut. Im mniej niemieckiego optymizmu co do załamania strefy euro, tym lepiej.

Pozostała część strefy euro jest w mniejszym stopniu finansowo narażona na greckie problemy niż była w 2009 roku. Wówczas to grecki rząd przyznał się do tego, że nie był prawdomówny jeśli chodzi o deficyt budżetowy.

Po tym, jak Grecja uzyskała bailout od Unii Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, sektor prywatny posiada około 1/5 greckiego długu związanego z obligacjami skarbowymi. Wciąż jednak wyjście tego kraju ze strefy euro byłoby katastrofą dla projektu wspólnej waluty.

Gdy bowiem jakiś kraj raz opuści strefę euro, to udowodni tym samym, że członkostwo w klubie wspólnej waluty może podlegać zmianom, a to spowodowałoby zamieszanie wśród inwestorów. Podczas gdy ponowne wprowadzenie drachmy miałoby niewielki wpływ na zyski z escudo, pesety czy liry, to w przypadku funduszy hedgingowych sytuacja mogłaby już wyglądać inaczej (tu bowiem mniejsze znaczenie ma logika, polityka czy gospodarka).

Choć dziś koszty obsługi greckiego długu spadają, to system bankowy wciąż pozostaje narażony na tzw. run. Depozyty, których liczba znacząco zmalała od czasu kryzysu finansowego, jak dotąd nie osiągnęły stanu sprzed kryzysu, a ich wartość w grudniu spadła o 3 mld euro.

Grecki bank centralny stwierdził dwa dni temu, że odpływ depozytów “znajduje się pod pełną kontrolą”, jednak wydarzenia z 2009 roku pokazują, że pieniądze mogą poruszać się bardzo szybko, gdy ich właściciele poczują się zagrożeni.

Zbliżenie pomiędzy liderami UE a nowym greckim rządem będzie wymagało ustępstw od obu stron. Cipras – co zrozumiałe – wykorzystuje trud oszczędności do swoich własnych politycznych celów, ale nie może obiecać czegoś, z czego się nie wywiąże. Unia Europejska z kolei musi zrobić więcej, aby pobudzić wzrost gospodarczy i stworzyć miejsca pracy – nie tylko w Grecji.

Greckie wybory mogłyby jednak wyjść strefie euro na dobre – zmniejszając nieco niemieckie nieprzejednanie, a w konsekwencji dając przyzwolenie na nieco bardziej prowzrostową politykę.

>>> Czytaj też: „Die Welt”: UE może darować Grecji kolejną część długów